You are: visitor. Thank you :)

Look
Twist


mya

O mnie
Dodaj do ulubionych

Twisted
2007
listopad (7)
grudzień (6)

2008
styczeń (3)
luty (5)
marzec (5)
kwiecień (7)
maj (5)
czerwiec (2)
sierpien (5)
wrzesień (1)
październik (2)
listopad (1)

2009
luty (1)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (1)
październik (1)

2011
kwiecień (1)




Ulubieni z innych serwisów
Trzy światy.
Blue Akatsuki

Ocenialnie i dodatki :)
Tak--nie [oceny]
Dodatki na myloga
Rasowe Oceny
Story-ocenki



Fav.
shinobi-z-konohyfaustshinobi-talenaora-and-sasukeartystyczny




Design by : Kako
Pic from APA
Fragment piosenki : Metallica - "Master of Puppets"

piątek, 16.października.2009, 22:34
Kosmiczna przerwa znowu.Mam nadzieję, że się połapiecie... bo naprawdę chcę to skończyć.
***


Cykanie świerszczy uspakajało rozbiegane myśli. Powoli nadawało im rytm: cyk, cyk, cykkk, cisza. Korony drzew bujały się delikatnie na wietrze i wypełniały nocne powietrze przyjemnym szumem. Oparła podbródek na kolanach i napawała się roztaczającym się w dole widokiem: ze wzgórza, na którym siedziała, widać było panoramę całej Wioski Liścia i najbliższych okolic: światła domów błyszczały daleko w dole, a uliczne latarnie prezentowały labirynt kolorowych uliczek poprzetykanych placami różnych kształtów. Kolorowe kimona migotały w blasku lampionów i podświetlonych witryn sklepowych, a ludzie przesuwali się pomiędzy nimi powoli, niedbale. Gwar rozmów nie docierał do Miariko, ale bez trudu potrafiła wyczuć rozluźnioną, pełną spokoju atmosferę wieczoru. Wszystkie problemy uciekły, przestały być obecne w myślach mieszkańców. Tylko samotni shinobi, raz na jakiś czas przemykający pomiędzy zwykłymi ludźmi, wydawali się pamiętać o rzeczywistości. A może to ich rzeczywistość była oszukana? Może tak naprawdę świat był radosny, pełen tej beztroski kolorowych, błyskających wesołymi spojrzeniami lampionów? Cykanie świerszczy uspakajało, one też nie przejmowały się losem pokoleń. A może właśnie, może właśnie o nich opowiadały każdego wieczora?
Podparła się na łokciach i spojrzała na rozgwieżdżone niebo. Już dawno noc nie była tak przejrzysta i tak ciepła – lejąca się pomiędzy palcami przyjemnym ciepłem, które w dzień przemieniało się w nieznośny skwar. Miliony gwiazd, szerokie drogi rozsypane po prawie czarnym sklepieniu. Zmrużyła oczy, dłuższą chwilę napawając się samotnością i prywatnością myśli.
Zabiła Norie.
Nie była zszokowana, nie płakała, nie rozpaczała. Nawet nie czuła się mordercą, w zasadzie nic nie czuła. Odkąd wróciła do Liścia nawet nie dowiedziała się, co dziewczyna robiła w tym lesie i czy Kazunaro już wie o wypadku. Wypadek. To słowo pojawiało się w jej życiu tak często, że wszystkie wypadki zaczęła traktować jak najbardziej na świecie zamierzone działania. Haruno Norie… Stało się. Na drodze shinobi często podejmujemy szybkie decyzje, których konsekwencje są nieubłagalne. Czy tutaj jakieś były? Przeczesała palcami trawę i wciągnęła do płuc to ciepłe, leniwe powietrze beztroski. Przymknęła oczy. Cyk, cyk, cyk. Wobec poświęcenia sprawie ninja własnego życia, jeden trup Norie to bardzo niewiele.
- Wyjdź już, Hatake. - Nie chciała użyć tak ciepłego tonu, ale cichy szum lasu niemal ją hipnotyzował. – Musi ci być strasznie niewygodnie na tym drzewie.
Duża gałąź podskoczyła gwałtownie, zatrzęsła się i wygięła. Lądując, złamał gałązkę, a Miariko mimowolnie prawie podskoczyła. Obejrzała się przez ramię. Kakashi stał wyprostowany i czujny, najwyraźniej oczekiwał kogoś jeszcze oprócz Yoshitomi. Dla pozoru trzymał ręce w kieszeniach, ale widziała napięte mięśnie ramion, w każdej chwili gotowe zablokować uderzenie. Traktował ją jak wroga… uśmiechnęła się szyderczo. Pozostawał nieruchomy, obserwował ją jednym okiem, drugie ciągle chował pod opaską. Twarz do połowy zakrywała czarna maska – Miariko nigdy nie wiedziała, dlaczego. Mogłaby kiedyś zapytać… skoro i tak wszystko zmierza ku rozwiązaniu. Rozwiązanie. To słowo kołatało się w oddali myśli ich wszystkich – Akatsuki, Konohy, Piasku… Odwróciła głowę i znowu spojrzała na niebo. Nie miała ochoty na kłótnię ani na dwuznaczne wymiany zdań. Nie chciała konfliktów, nie dzisiaj, gdy niebo było tak niesamowicie upstrzone gwiazdami. Błyskały, migały, śmiały się do siebie i zdawały się drgać, jak tłumiące śmiech dzieci.
Kakashi zrobił kilka niepewnych kroków w jej kierunku i znowu przystanął. Nie patrzyła na niego, zupełnie zafascynowana nocnym niebem. Dopiero gdy wydawała się naturalna i zrelaksowana, patrzył na Miariko z zupełnie innej perspektywy. Miała chude ramiona, teraz to zauważył, i bardzo drobną sylwetkę. Ubrana w jedwabne kimono, które opadało falami materiału na ciemną trawę, nie wyglądała jak bezwzględna morderczyni. Kolorowe kwiaty wyginały się i topiły w jedwabiu, odsłaniając to chudy przegub nadgarstka, to wyciągniętą przed siebie nogę. Czarne włosy spływały na ramiona i plecy, a grzywka, zazwyczaj przysłaniająca nieco czoło, teraz zsunęła się na bok. Mógł podziwiać jej smukłą szyję (dlaczego nigdy nie zwrócił na to uwagi?), mocno zarysowany podbródek i wyraźne kości policzkowe. Nie była piękna, miała w sobie coś dzikiego, a jej rysy twarzy były nawet w pewien sposób brzydkie, zbyt ostre i nieprzewidywalne. Kredowo blada skóra kontrastowała z kimonem, które urzekało barwami egzotycznych papug, i czarnymi włosami, ale uwaga mężczyzny i tak spoczęła na dużych, żółtych oczach. Nigdy nie zapomniał jej spojrzenia, nigdy odkąd pierwszy raz się spotkali. Była wtedy zaledwie dzieckiem, a i tak patrzyła na świat oczami dorosłego. Zbyt poważnie i trochę pusto, jak kunoichi, której życie zostało zdecydowane za nią. Teraz także pełna była tej beznadziejności, tej nijakiej nuty, której nie cierpiał. Bezwzględna i okrutna, zimna żółć tęczówek jasno mówiła o ciężkich latach spędzonych poza Liściem, ale oprócz tego dostrzegał też strach, zwyczajną słabość. Patrzyła na gwiazdy tak, jakby szukała w nich odpowiedzi – chociaż jeszcze nie sformułowała pytania. Długie rzęsy opadły, gdy przymknęła powieki. Pierwszy raz dostrzegł w niej dziewczynę. Drobną, zagubioną dziewczynę, która ma zaledwie dwadzieścia trzy lata, a los doświadczył ją bardziej, niż niejednego starca. Zapragnął ją przytulić, podejść, zapewnić o jakimś wyśnionym szczęśliwym zakończeniu, ale gdy tylko znowu na niego spojrzała, prawie wstrzymał oddech. Nie potrzebowała pomocy. Nie potrzebowała jego pocieszenia, dla Miariko nadzieja była tylko i wyłącznie w nadchodzącym dniu, w nowym brzasku. Był tego pewien, zwłaszcza teraz, gdy w okolicy potwierdzono obecność członków Akatsuki.
- Nie powinnaś odpoczywać? – przerwał nieco już krępujące milczenie. Świerszcze zacykały wyraźniej. – Masz jutro misję.
Skinęła leniwie głową i wyjęła z włosów kogai. Czarne fale rozsypały się teraz już zupełnie bezładnie, uderzyły o kolorowe kimono. Obracała szpilę w palcach i długo bawiła się zdobioną błyskotką, aż wreszcie odpowiedziała.
- Tak, wyruszamy punkt siódma. – Znowu użyła tego spokojnego, prawie potulnego tonu. Była otwarta, paradoksalnie zrelaksowana, podczas gdy on śledził ją niemal z ramienia ANBU. Uśmiechnęła się spokojnie, jakby usłyszała jego myśli i uprzedziła Kakashiego, zanim ten zdążył się odezwać. – Wiesz, jaka dzisiaj noc, Hatake? – zapytała cicho.
- Jaka? – Nie chciał wiedzieć i nie chciał, żeby ciągnęła swoją opowieść. Była inna, zbyt ludzka i zbyt podobna do dziewczynki, którą znał. Chciał patrzeć na nią chłodno i tak też zapytał, ale coś kazało mu usiąść na trawie koło Miariko. Zerknął na jej bladą twarz. Mocno zarysowane kości policzkowe, czerwone usta. Dzikość rysów, która jednak hipnotyzowała i bawiła. Każdy shinobi lubi ryzyko, a przy tej dziewczynie nawet nierówny oddech wyprowadzał człowieka na cienką linię pomiędzy przepaścią, a obluzowaną skałą.
- Noc Amaterasu. – Miała puste spojrzenie, a on pomyślał, że pierwszy raz widzi ją tak bezbronną. Potem od razu zobaczył przed sobą Itachiego, z jego bezuczuciową twarzą i przez chwilę zastanawiał się, ile razy Uchiha siedział na jego miejscu. To właśnie Itachi zabrał radość i wesołe ogniki z tych żółtych oczu, które teraz musiały odbijać światło gwiazd, nie mając własnego. – Legenda mówi – ciągnęła Miariko – że bogini obserwuje nasz świat i opiekuje się shinobi. Widząc, jak błądzimy i gardząc wszystkimi słabymi, których nie stać na czynienie dobra, tej jednej nocy płacze. Spadające gwiazdy, które dzisiaj można zobaczyć, to właśnie te łzy. To żałosne, że doprowadzam do łez nawet boginię – dodała nieco kpiąco, jakby próbowała zażartować, ale gdzieś w połowie straciła poczucie humoru.
Drgnął i odruchowo chciał złapać jej dłoń. Było mu żal, było mu strasznie żal tego, kim była kiedyś, a kim stała się teraz. Chciał jakoś jej pomóc, ogrzać… cofnęła się, zanim zdążył chociaż musnąć jej opuszki palców.
- Jeżeli zobaczysz spadającą łzę bogini – kontynuowała nie zwracając uwagi na jego zachowanie – i pomyślisz życzenie, spełni się. Przynajmniej tak mówią – dodała i znowu przerwała na dłuższą chwilę. Spojrzała na niego z dziecięcą ciekawością. – Masz jakieś marzenie, Hatake?
Zamrugał zdziwiony i odparł mechanicznie, niedbale.
- Zjednoczenie wiosek shinobi.
Spodziewał się kpiny, w końcu nie mógł powiedzieć niczego bardziej banalnego. Jednak zamiast parsknąć szyderczo, Yoshitomi uśmiechnęła się smutno i pokiwała głową.
- Jak my wszyscy. – Obróciła w palcach srebrną kogai i chwilę patrzyła na odbijające się w srebrze światło. – To niewykonalne marzenie, Hatake. Nawet łzy bogini ci nie pomogą. Do tego trzeba nowego świata, nowego wschodu słońca. Ten świat jest już zbyt zepsuty, nie będzie pokoju bez nowego początku.
W każdym słowie doszukiwał się podtekstu, groźnej nuty dwuznaczności. Zmrużył nieco oko.
- Nie wierzysz, że nadejdzie taki brzask?
Znowu na niego spojrzała. Tym razem nie widział w jej oczach nic oprócz tej pustki, żółtej otchłani, która odbijała srebrne błyski nocy. Pokręciła głową.
- Już w nic nie wierzę, Hatake. Czym niby jest dobro i zło? Są tylko wybory i nasze decyzje. To, czy robimy dobrze, czy źle… Nie ma sędziego, który mógłby nas sądzić, więc moralność nie istnieje. To tylko zwyczaje, konwenanse, założenia. Egoizm ludzki i chęć przetrwania. W co można marzyć, gdy świat jest tak bardzo przegrany?
Nie rozumiał albo nie chciał zrozumieć. Podświadomie czuł, że w pewien sposób Miariko ma rację, że gdyby zaczął rozważać te słowa, w końcu przyznałby im rację. Uciekł więc od tematu, najbardziej ze wszystkiego obawiając się zagubienia w świecie tego, co należy, a czego nie.
- Więc masz jakieś marzenia? Skoro w nic nie wierzysz – dodał najchłodniej jak potrafił.
Obróciła kogai i zamknęła oczy. Oddychała spokojnie, w rytm cykania świerszczy za ich plecami.
- Chciałabym – zaczęła cicho. – żeby zamiast ciebie rozmawiał ze mną Uchiha Itachi.
Nieświadomie powtórzył w myślach jej słowa, zbyt zdumiony szczerością dziewczyny. W tej samej sekundzie, gdy ponownie wsłuchiwał się w ich brzmienie we własnej głowie, srebrny strumień światła przeciął czarne niebo przed nimi i zniknął za ciemnym masywem gór w oddali. Zamrugał. Nie tak planował sformułowanie swojego życzenia do Amaterasu.
Następne godziny przeminęły w niemal nieprzerwanej ciszy. Siedzieli koło siebie w zgodnym milczeniu, zatopieni we własnych myślach i cykaniu świerszczy. Ciężkie niebo nad ich głowami mieniło się milionem gwiazd, ale już nie patrzył na nie z ufnością. Przeczuwał zmiany, beztroskie powietrze nad wioską zdawało się być ostatnim takim frywolnym wybrykiem losu… cisza przed burzą. Gdy odprowadził ją do domu, podziękowała mu skinieniem głowy. Już chciał odejść, ale po zejściu ze schodów jeszcze raz spojrzał przez ramię. Stała nieruchomo na ganku rezydencji Uchiha i wpatrywała się w dal, w ginącą między budynkami aleję. Chociaż wszystko w okolicy zostało uprzątnięte na jej życzenie, opuszczona część Konohy aż zionęła chłodem. Było coś mrożącego krew w tych milczących domach. Echo tragedii nie ucichło przez te lata, a teraz, gdy zbliżał się lodowaty wschód słońca, dawne posiadłości wymarłego klanu nawet w nim wywoływały dreszcz. Ich spojrzenia wreszcie się skrzyżowały.
- Uwielbiam to miejsce – szepnęła niespodziewanie. – Jest takie tragiczne. Wiesz, Hatake, gdy byłam małą dziewczynką, nigdy nie lubiłam bajek o duchach. Zastanawiałam się, dlaczego wszystkie są takie bezsensowne: przecież nikt nie chciałby wracać na cmentarz, na którym go pochowano i pałętać się tam w nieskończoność. – Uśmiechnęła się gorzko i nagle, na tle migoczącego lampiony nad progiem, a może przez to dziwne, poranne powietrze, wydała mu się niesamowita. Była Widzącą, była istotą z pogranicza światów, a jej duże, żółte oczy przesuwały się od punktu do punktu po martwym obrazie ulicy. – Do bajek trzeba dorosnąć. Teraz już wiem, że naprawdę mogłabym chodzić tutaj bez końca. – Z tymi słowami życzyła mu dobrej nocy i zniknęła, cicho zamykając drzwi.
Dopiero gdy przeszedł wysoką bramę z symbolem klanu i usłyszał za sobą skrzypienie jej starych zawiasów, dotarł do niego upiorny sens słów Yoshitomi. Wzdrygnął się.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

środa, 17.czerwca.2009, 15:49
Miariko wspinała się coraz wyżej i z wyraźną radością chwytała się ledwie odstających skałek. Kamienie trzeszczały pod naciskiem stóp i dłoni, by co pewien czas spaść. Niemal pionowa ściana błyszczała od deszczu, a każdy błąd mógł kosztować życie. I właśnie o to w tej zabawie chodziło. Lider skontaktował się z nią jeszcze tego samego dnia rano i wyraźnie nakazał pośpiech. Miała spotkać się z Deidarą w górach i odebrać jakieś informacje. W górach… Wybrała najwyższy i najtrudniejszy szczyt nie po to, żeby sprawdzić artystę, on i tak doleci wszędzie, ale żeby urozmaicić sobie czas wolny. Ekipa remontowa pracowała nad rezydencją Uchiha, zmieniano ogród, wnętrza, wspomnienia znikały. O ile na początku ją to bawiło, tak teraz była znudzona i wezwanie od Brzasku przyjęła z radością. Podciągnęła się do góry i syknęła, gdy kolejne kamienie spadły w dół. Żołądek skręcał się ze strachu, ale euforia była silniejsza. Wspinała się dalej. Coś się zmieniło. Żółte oczy patrzyły śmielej, bardziej żywotnie. Każdy gest emanował energią i zapowiadał kolejny. Apatia zniknęła, jak mogło się wydawać, raz na zawsze. Już dawno nie czuła się taka szczęśliwa.
Po kilku minutach przystanęła na balkonie skalnym i spojrzała za siebie. Panorama Kraju Ognia zapierała dech w piersiach. Konoha, mała jak mrowisko z masą mrówek przewijających się uliczkami, malowała się w oddali. Nawet olbrzymie twarze Hokage wydawały się nieistotne i niemal kruche. Świeże, górskie powietrze kłuło w płuca i wywoływało zawroty głowy, ale mimo to zaciągała się nim jak tylko mogła najgłębiej. Była bezpieczna. Daleko od świata i problemów, które nagle straciły znaczenie. Dystans dawał spokój. Dalej, falując jak zielone morze, rozciągały się pasy lasów. Potem przechodziły w otoczone górami doliny Kraju Deszczu, aż gdzieś z boku zamieniały się w czerwony ocean – Sunę. Stąd, jak pomyślała, mogliby patrzeć bogowie na swoje terytorium. Stąd mogliby sprawować rządy. Nie miała pojęcia, jak wysoko weszła i czy normalny człowiek byłby w stanie to przeżyć, ale nie planowała spotkać żadnego normalnego człowieka. Była nieśmiertelna. Była Widzącą. Sens jej istnienia, sens tego okrutnego i wspaniałego naruszenia praw natury nagle zaczął do niej docierać ze zdwojoną siłą: podobnie jak mrożący krew w żyłach podziw dla Miyoshi, Madary i reszty nieśmiertelnych. Byli genialni. Byli jak bogowie, wszyscy podążający w stronę nowej przyszłości. Grupa najlepszych, których uwięziono w promieniach zbliżającego się Brzasku. Ci, którzy błyszczeli jaśniej, niż ktokolwiek inny.
Roześmiała się, a dźwięczny głos dziewczyny rozpłynął się w bezkresie górskich szczytów i szarego nieba nad nimi. Zanosiło się na deszcz, a ona podziwiała majestatyczne, ciemne chmury zbierające się na zachodzie. Apokalipsa. Nadchodzi burza, nadchodzą wojny. Wojny są zawsze, ale stąd, z siedziby pradawnych bogów, wszystko wygląda inaczej. Czym jest śmierć jednostki wobec śmierci tłumu? Czym jest śmierć tłumu wobec śmierci ukochanej osoby? Życie ludzkie nie ma wartości. Liczy się to, co je kreuje: władza, wiara, przekonania. Wschód nowej ery nad niedostępnymi szczytami. Patos. Potrzebowała tego, potrzebowała solidnej dawki samouwielbienia. Nareszcie była sobą, nareszcie czuła, że może decydować. Zasłuży na marzenia, których jeszcze nie odkryła, a które czekają. Nie podda się, bo bogowie nigdy się nie poddają. Oddałaby się dalszym przemyśleniom, ale wyczuła obecność drugiej osoby. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Drugi bóg, spotkali się w pałacu.
- Miariko-san! – Głos Deidary zmieszał się z łopotem skrzydeł, gdy gliniany ptak pojawił się kilka metrów od niej. Chłopak wyglądał nad wyraz blado i najwyraźniej miał trudności z oddychaniem. – Do cholery, zejdźmy niżej! Niżej, hmph!
Nie kryła rozbawienia. Musiała się cieszyć, musiała pokazać niczym nieuzasadnioną radość i dumę z tego, co osiągnęła. Deidara był zmęczony. Jej piękny, młody bóg był zmęczony, obłąkany książę przegrywał, a ona ciągle dobrze się trzymała. Myśli prześcigały jedna drugą, emocje przelewały się między wspomnieniami. Spojrzała na niego, na ułamek sekundy zatrzymała wzrok na pięknych, błękitnych oczach i opuściła powieki. Uśmiechnęła się uśmiechem wariata, po czym odepchnęła od skały. Krzyknęła, a wrzask przerodził się w śmiech. Świat wirował, z nosa trysnęła krew, płuca i serce wydawały się eksplodować. Śmiała się, wrzeszczała ile tylko mogła, szydziła z przerażenia ścigającego ją Deidary. A potem, gdy różnica ciśnień wygrała z nienaturalnymi mocami Widzącej, poddała się fali bólu i ogłupienia. Zamroczyło ją, słabła. Z trudem wyciągnęła w stronę chłopaka dłoń. Poczuła, jak palce Deidary mocno zaciskają się na jej przegubie i szarpią do góry. Gdyby nie mdlała, wrzasnęłaby raz jeszcze, gdy ręka omal nie została wyrwana ze stawu.
Mokra trawa pod palcami i przytłaczający zapach lasu. Mieszanina woni ziemi, liści, drzew, w tle szum potoku. Chciałaby tak umrzeć. W tej chwili, na tej mokrej trawie przesiąkniętej spokojem. Uśmiechnęła się błogo i zupełnie zignorowała ból w barku i plecach. Uśmiech musiał zostać zauważony, ktoś gwałtownie uderzył butami w ziemię. Podniosła powieki, by napotkać wściekłe oblicze chłopaka.
- Oszalałaś! – krzyk Deidary wyrwał ją z błogiego transu i postawił na nogi. Dosłownie, bo w trzy sekundy siedziała na baczność, a potem stała twarzą w twarz ze wściekłym artystą. – Co to miało być, hmph?!
Przypomniała sobie uczucie spadania i wolności. Długo ukrywane emocje na nowo odezwały się kakofonią dźwięków, wypchnęły na czerwone usta bezczelny uśmieszek. Żółte oczy zabłysły figlarnie, ale gdzieś za rozbawieniem czaiła się groźba. Deidara cofnął się o dwa kroki, ale nie porzucił zagniewanej miny. Yoshitomi przeczesała palcami włosy i rozejrzała się dookoła. Była pewna, że żyje. Była pewna, że skoczyła z koszmarnie wysokiego szczytu i ją uratowano, ktoś nie pozwolił, by roztrzaskała się o ziemię. Więc nie jest obojętna.
- Obudziłam się, Deidara. – Niespodziewanie pojawiła się tuż przed nim i złapała podbródek chłopaka. Wyrwał się i odskoczył, a ona parsknęła śmiechem. – Nie bój się! Takiej mnie chcieliście, tego mnie nauczyliście!
Przyglądał się jej z mieszaniną zafascynowania i grozy. Zmieniła się, zmieniła się zupełnie, ale czy na pewno na gorsze? Gdzieś w nim odzywało się umiłowanie sztuki, a szaleństwo w jej oczach miało w sobie piękno. Śmiała się, rozglądała dookoła. Zwariowała. Zwariowała tak, jak przewidzieli to Pein i Miyoshi. Wyuczonym ruchem odrzucił z oczu grzywkę i spojrzał jej w oczy. Niech dzieje się wola Widzącej, skoro Yoshitomi nie uniknęła swojego losu. Uznał, że lepiej przejść do konkretów.
- Lider zwalnia cię chwilowo z obowiązków. Mamy sporo spraw na głowie, więc masz wolne.
Skinęła głową.
- Umebluję dom. Znakomicie.
Uniósł lekko brew. W rzeczywistości, Miariko została odsunięta ze względu na pojawienie się Sasuke i niebezpieczeństwo jego pojedynku z Itachim. Nie mogłaby próbować bronić przyjaciela, ani ingerować w plany Lidera. Konoha musiała wierzyć w niewinność szpiega i zupełny brak kontaktu dziewczyny z organizacją.
- Kupiłaś nowy dom? – zagadnął niby od niechcenia.
- Tak – odparła natychmiast i błysnęła zębami w rozbawieniu. – Itachiego.
- Co?
- Dom Itachiego. Lubię go – dodała i przekornie przekrzywiła głowę.
Artysta wydął wargi i uniósł brwi. Nie rozumiał. Nie pojmował zwykłej kobiety, a co dopiero wariatki i Widzącej. Wpatrywał się w dziewczynę dłuższą chwilę, ale nie doszedł do żadnych odkrywczych wniosków. Wreszcie poddał się i wzruszył ramionami.
- Twoja wola.
Potwierdziła jego słowa skinieniem głowy i nagle znieruchomiała. Też to usłyszał: jakiś ruch w krzakach. Ugięła nogi i skoczyła, znacznie szybciej niż zdążył zareagować. Pobiegł za nią, by zobaczyć jak miecz Miariko zadaje śmiertelną ranę sparaliżowanej strachem dziewczynie. Yoshitomi stała z bronią opuszczoną wzdłuż ciała i z chorym zafascynowaniem wpatrywała się w osuwające się na ziemię ciało. Podszedł do niej i zerknął na bladą twarz towarzyszki. Nie uśmiechała się, nie krzywiła. Przybrała maskę mordercy nieczułego nawet na najbardziej wzruszające błagania.
- Deidara – zaczęła lodowatym głosem, który jednak nie odbiegał niczym od jej formalnego sposobu wypowiedzi w siedzibie Brzasku – czy masz mi coś jeszcze do powiedzenia?
- Nie.
- Więc idź już. Chcę cieszyć się wakacjami – dodała z ledwo widocznym uśmiechem.
Przez chwilę wahał się czy może pocałować ją w policzek, ale zrezygnował. Coś w zaciśniętych ustach dziewczyny mówiło wyraźnie, że nie może. Wskoczył na ptaka, zerknął przez ramię raz jeszcze i odleciał.
Miariko czekała bardzo długo, aż szum skrzydeł zniknie w oddali. Nie ruszała się, jak zahipnotyzowana wpatrując się w stygnące ciało. Trawa nasiąkła krwią tak jak bezładnie rozsypane dookoła czaszki włosy. Przez kilka upiornych sekund chciała zobaczyć twarz zamordowanej, ale potem wzdrygnęła się na samą myśl o tym. Uniosła miecz i raz jeszcze, jakby obawiała się zmartwychwstania kobiety, wbiła jej miecz w plecy. Karmazynowa ciecz trysnęła po raz kolejny, a Miariko nawet nie drgnęła. Wyjęła broń, oczyściła ją o najbliższą trawę i schowała. Zanim odeszła, spojrzała na trupa z dezaprobatą.
- Jestem naprawdę złym człowiekiem – stwierdziła głośno.
Nawet w najśmielszych snach, nie podejrzewała, że coś takiego kiedykolwiek się wydarzy. Nie tak wyobrażała sobie pożegnanie z Norie Haruno, bez względu na to, jak bardzo miała jej czasami dosyć.
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

niedziela, 24.maja.2009, 23:17
Szejm on mi. Kiedyś nie wierzyłam, gdy mi mówili, że czasem nie ma się siły pisać, bo za dużo szkoły.
Już im wierzę.

***


- Boisz się? – zadrwił.
Dopiero słowa Sasuke uświadomiły Miariko, że ledwo oddycha. Tak, bała się. Czuła, że nogi jej wiotczeją, a dłonie, które nerwowo szukały krawędzi parapetu, są mokre od potu. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami i nie potrafiła wykrztusić słowa. Na twarzy pokonanego powoli pojawiał się wyraz triumfu, a ona, chociaż rozpaczliwie chciała ów uśmieszek zetrzeć, nie była w stanie zapanować nad własnymi emocjami. Właściwie – czego się bała? Przeszłości? Wspomnień? Ogarniał ją paraliż, dusząca panika, coś nie pozwalało oddychać, wywoływało zawroty głowy… Nerwowo zacisnęła powieki i powoli nabrała w płuca powietrza. Jakkolwiek to głupio wyglądało, musiała przełknąć dumę, doprowadzić się do porządku i… i co dalej?
- Uwolnij mnie, jeśli nie masz nic do powiedzenia. Ja ze swojej strony nie mam – dodał chłodno.
Nie spojrzała na niego po raz kolejny. Zatrzymała wzrok na ścianie i odchrząknęła, żeby przypadkiem głos brzmiał normalnie. I tak zadrżał.
- Mam misję. Jesteś mi potrzebny do jej wypełnienia. – Tak, to rozwiązanie było perfekcyjne. Już właściwie zapomniała, przez ten przypływ paniki, że przecież dostała zlecenie złapać Sasuke. A on – proszę bardzo – wpadł w jej objęcia. Dosłownie.
- Masz mnie sprowadzić do Liścia? Sam się sprowadziłem.
Coś w niej drgnęło i zszokowana podniosła wzrok. Czyżby chciał wrócić? Żółte oczy na chwilę rozbłysły nadzieją, ale tylko po to, by po sekundzie gwałtowanie zgasnąć.Uśmiechnął się triumfalnie, a Miariko nie zdążyła nawet dokończyć przekleństwa. Zemdlała.
Technika ustąpiła wraz z głuchym uderzeniem bezwładnego ciała o podłogę. Czarne włosy Miariko malowniczo rozsypały się po szarych deskach. Mały obłoczek kurzu wzniósł się w chwili uderzenia i opadł, niewyraźną mgiełką okrywając nieprzytomną kunoichi. Westchnął z ulgą i zabrał się do rozwiązywania węzłów. Nie były skomplikowane, najwyraźniej bardzo ufała swoim mocom. Cóż, przeliczyła się. Już po chwili mógł patrzeć na leżącą z pogardą i rzucić jej sznur pod nogi. Dała się zaskoczyć w najbardziej banalny, najbardziej oczywisty sposób, jaki mógł wymyślić. Przygotował sobie dwa plany awaryjne, a tymczasem wystarczył zwykły Sharingan… no, może trochę wzmocniony, na wszelki wypadek. Ironia losu wydała mu się aż zbyt koląca w oczy, ale pomimo tego przykucnął i obrócił dziewczynę na plecy. Ostatni raz widział ją, gdy miała około czternastu lat, a przynajmniej tak podejrzewał.
Zmieniła się. Nigdy nie spędzał z nią bardzo dużo czasu, ale przecież bywała gościem w jego rodzinnym domu naprawdę często. Gdy nie było Itachiego, Miariko zazwyczaj bawiła się z Sasuke i pomagała mu w lekcjach, zabierała na treningi i pokazywała triki… A potem zdradziła. Tak samo jak Itachi, Yoshitomi okazała się zdrajczynią. Co z tego, że miała alibi. Po prostu tak się trafiło, może zapłaciła Widzącej, a może Hokage. Sasuke nie wierzył w jej niewinność. Zostawiła go. Uciekła, może nawet pomagała mordować klan. W końcu kochała Itachiego, była jego przyjaciółką… raczej służącą. Itachi nie mógł mieć przyjaciół. Zabił Shisuiego. Sasuke pamiętał do tej pory ten moment, gdy pierwszy raz zobaczył kalejdoskop. Gdy wtedy, po raz pierwszy, bał się starszego brata. Dlaczego nikt tego nie powstrzymał? Nie było szansy na postawienie znaku stop, gdy oczywista apokalipsa zaczęła wciągać coraz więcej ofiar? Yoshitomi o wszystkim wiedziała? Pamiętał, jak kilka dni później przyszła do nich do domu. Była wściekła. Kłócili się z Itachim, ale w końcu chyba pogodzili… Na pewno się pogodzili, zawsze wszystko mu wybaczała. Naiwna i głupia, wierzyła w każde słowo mordercy i sama mordercą została. Prychnął i odgonił wspomnienia, a te wrócili z potrójną siłą. Zimna fala nienawiści rozlała się po całym ciele Sasuke, poczuł krople potu na czole. Mokra dłoń sama sięgnęła po kunai, zacisnęła się na nim i zawisła kilkanaście centymetrów nad piersią dziewczyny. Może ją zabić. Wtedy Itachi sam przyjdzie. Będzie chciał się zemścić, prawda? Zmrużył oczy i spojrzał na drżące ostrze. Wystarczy jedno pchnięcie. Jest nieprzytomna, więc w czym problem? Zrobiło mu się niedobrze, więc zacisnął powieki. Zamachnął się.
Piekący ból w lewej nodze przechodził na całe biodro i dolną część pleców. Wydawał się promieniować aż do mózgu, gdzie uruchamiał poczucie winy, złość i upokorzenie. Kolejne kroki wydawały się ciężkie, ciągle stawiał stopę na pięcie, co z kolei niezmiernie go irytowało. Karin zawsze mówiła, że to nerwica natręctw, ale co go obchodzi, jak to nazywają? Zerknął w bok na jakiegoś ćwierkającego ptaszka. Skrzywił się, ale kolejne fala bólu odwróciła uwagę Sasuke od źródła irytującego hałasu. Znowu stanął na pięcie, prawie się potknął. Dlaczego nikt go nie uleczy? Do cholery, jest tu liderem. Drepcząca obok dziewczyna z zatroskaniem spojrzała na utykającego chłopaka. Zacmokała i odruchowo poprawiła kwadratowe okulary.
- Sasuke-kun, ale co się właściwie stało?
Nie miał ochoty po raz kolejny mówić, że nic. To nie ich sprawa, ma prawo robić co chce. Ma prawo kuleć, kiedy chce.
- Zamknij się już – warknął i odwrócił głowę, żeby ukryć kolejny grymas bólu. Czy naprawdę musiał mieć kunai nasączony paskudztwem wywołującym dotkliwe pieczenie?
Tylko idiota wbija sobie własną, zatrutą broń w nogę. Na szczęście nie zdołał zabić nieprzytomnej dziewczyny. Gdzie w tym wszystkim kodeks shinobi, gdzie w tym wszystkim jakaś moralność? Prawie ją zamordował. Bezbronną, nieprzytomną, na dobrą sprawę: niewinną. W czym byłby lepszy od Itachiego? Mógł spłacić dług, mógł pozbawić brata najdroższej mu osoby, najbliższej… ale czy zemsta naprawdę jest wyrównaniem rachunków? Przecież tutaj nie ma co wyrównać. Ich ostateczny pojedynek przyniesie tylko rozpacz. Dla niego i dla Itachiego, bez różnicy. W końcu są braćmi, teraz jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek przed masakrą klanu. Próbował odsunąć od siebie te przemyślenia, ale nie potrafił. Spotkał Yoshitomi. Wesołą, uśmiechniętą Yoshitomi, która była blada i sparaliżowana strachem przed przeszłością. Która snuła się jak cień po dawnej rezydencji Uchiha. Czego tam szukała? I czy musieli spotkać się akurat wtedy, gdy przyszedł po raz ostatni to wszystko obejrzeć? Życie lubi być ironiczne, nie ma co. Dobrze się stało, że otrzymał informacje o Akatsuki. Miał pretekst, żeby wyruszyć i nie czekać, aż dziewczyna oprzytomnieje. Teraz tylko musiał dorwać tego szalonego artystę, już znali jego położenie. Wyciągnąć informację i zamordować – taki był cel. Potem znaleźć Itachiego i zamordować. A potem…? Znaleźć siebie? I siebie też zamordować? Przecież już to zrobiono, za niego. Przez chwilę myślał o tym, jaka będzie reakcja Yoshitomi, gdy Itachi zginie. Od kogo się dowie, kto przekaże wiadomość. I przez długą chwilę, w czasie której kilka razy stanął na pięcie, naprawdę współczuł Miariko.
***
Brudny sufit przed oczami, szara i zakurzona podłoga pod palcami. Ubranie, które rano wybijało się z tłumu dzięki soczystym kolorom, teraz przywodziło na myśl pozszywane szmaty. Stare, pozszywane szmaty. Miariko leżała niemal nieruchomo i zamyślona wpatrywała się w sufit. Pulsujący ból w głowie przypominał jej, że przed chwilą padła nieprzytomna i z całym impetem walnęła o twarde deski. To takie żałosne. Tylko tyle była w stanie pomyśleć, nawet nie siliła się na więcej. Przegrała z dzieciakiem, przegrała tylko ze względu na swoje emocje. Na to, że ciągle żyje przeszłością, że nie potrafi się otrząsnąć i zacząć od nowa. Jaki jest sens takiego letargu? Odkąd Itachi wymordował klan, nie robiła nic innego, jak podążała czyimś śladem. Odkąd runął jej świat, starała się pożyczać cudzą rzeczywistość i żyć po kawałku u kogoś. Zbyt przerażona, żeby zbudować coś, co oprze się na jej własnych, solidnych fundamentach. Teraz, gdy gładziła palcami chropowatą, obrzydliwie zakurzoną podłogę, wyraźnie widziała absurdalność tej sytuacji. Ona, Yoshitomi Miariko. Yoshitomi Miariko, która należała do jednych z lepszych kunoichi swojego rocznika, swojego pokolenia, zmarnowała życie na bycie lalką. Przyjęła pracę marionetki bez zarzutu, poddała się, bo tak łatwiej.
- Nie chodzi o to, żeby było łatwiej – powiedziała nagłos.
Sens własnych słów przedarł się przez resztki otępienia i uformował się w nową myśl, której tym razem nie wypowiedziała. Wraz z ideą, pojawiło się coś, co kiedyś nazwałaby poczuciem własnej wartości i dumą, ale teraz ciągle bała się tak wielkich słów. Po prostu uniosła lekko kąciki ust.
„Czas zacząć wszystko od nowa.”
I tym razem żadnych ziół, żadnego udawania. Żadnego uciekania. Najlepszą obroną jest atak.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

niedziela, 10.maja.2009, 21:59
Nikt nie wchodził do dawnej rezydencji Uchiha od długich siedmiu lat. Schody i podest pokrywała gruba warstwa brudu, piachu i liści. Czasem wiatr podrywał kilka do góry, a Miariko mogła obserwować wirujące kolory. Jak płatki… Potrząsnęła głową i nie pozwoliła sobie na wspomnienia. Zdecydowanym ruchem odsunęła drzwi wejściowe. Chwilę przyglądała się czeluści korytarza, ale świergot ptaków z tyłu przywrócił na moment utracony spokój. Nie zdjęła butów, choć w pierwszym odruchu chciała tak uczynić, ale potem uznała, że w środku jest na tyle brudno, iż byłoby to po prostu obrzydliwe. Gdy nacisnęła kontakt, próbując zapalić światło, nic się nie stało. Westchnęła zrezygnowana. Opuszczone domy mają w sobie coś mrożącego krew w żyłach, nawet jeśli ich zupełnie nie znamy, a gdy są elementem okrutnej układanki z dzieciństwa, stają się naprawdę nieprzyjemne. Cofnęła się na ganek po lampion, który zawsze wisiał przy wejściu. Zabawne, że wchodząc nie zwróciła na niego uwagi, a i tak była pewna, że tam będzie. I był. Tym razem nie zatrzymała się od razu, ale rozglądając dookoła, ruszyła przed siebie.
Podłoga nie skrzypiała, za co dziękowała jej z całego serca. Wszystko było brudne, zaniedbane i stare, a na którejś ze ścian zauważyła ślady krwi. Najpierw weszła do salonu. Tutaj, w przeciwieństwie do korytarza, panował względny porządek. Pomyślała, że przez korytarz przewijało się sporo osób: prowadzący śledztwo, ANBU, różni shinobi, nawet zwykli ciekawscy, ale niewielu zapuszczało się do salonu. Wyniesiono niemal wszystkie meble, został tylko stały regał przy jednej ze ścian i zegar ścienny, który zapewne był na tyle duży i dziwaczny, że nikt nie chciał go ruszać. Uśmiechnęła się. Pamiętała, że matka Itachiego zawsze kochała staroć, a Miariko była jedyną żywą istotą, która podzielała jej niewyjaśnioną sympatię. Podeszła bliżej i przejechała palcem po drewnie. Gruba warstwa kurzu została na palcu, a i tak nie zobaczyła oryginalnego brązu. Odwróciła się do regału. Jego także opróżniono, nie marnowała więc więcej czasu i ruszyła do kolejnych pomieszczeń. Następnie obejrzała pokój gościnny, w którym swojego czasu często sypiała. Nie znalazła tu nic ciekawego, za to wydał jej się ponury i nieprzyjemny. Kolejno przeszła przez biuro ojca Itachiego, minęła pokój, który odkąd pamiętała był pusty, aż wreszcie doszła do sypialni Fugaku i Mikoto. Uśmiechnęła się. Już w momencie, w którym przekroczyła wysoki próg, była pewna, że właśnie tu urządzi sobie sypialnię.
Duże i przestrzenne pomieszczenie zachwycało olbrzymimi oknami, przez które leniwie wkradało się słońce. Stąd nie wyniesiono mebli: łóżko nadal stało naprzeciwko okien, a komody przy ścianach. Zrobiła kilka kroków, rozglądając się dookoła. Wzrok Miariko spoczął na stłuczonym dużym lustrze. Dlaczego niby stłuczone? Zbliżyła się i chwilę mu przyglądała, ale nic nie przychodziło dziewczynie do głowy. Zdjęła rękawiczkę, skoncentrowała chakrę i dotknęła szkła. Znajoma fala chłodu przeniosła ją siedem lat wstecz.
Drzwi do sypialni otworzyły się szybko, ale bezszelestnie. Itachi rozejrzał się i zatrzymał w progu. Jego ubranie było umazane we krwi, tak samo jak katana, którą trzymał w pogotowiu. Podbiegł do komody i zaczął przeszukiwać szuflady. Wreszcie coś znalazł, Miariko nie widziała do końca co, i schował do kieszeni wewnętrznej. Potem odwrócił się i chciał wyjść, gdy niespodziewanie skierował wzrok na lustro. Twarz Itachiego pozostała spokojna, ale w oczach widziała narastającą wściekłość i obrzydzenie do samego siebie. Zrobił kilka kroków w stronę odbicia i skrzywił się z niesmakiem. Potrafiła zrozumieć. Robiła tak wiele razy, po każdym zabiciu przeciwnika. W napięciu obserwowała, jak chłopak powoli podnosi zakrwawioną dłoń i dłuższą chwilę przygląda się zasychającej czerwieni. Wtem coś na dole huknęło, usłyszała podniesione głosy. Także je słyszał i nerwowo spojrzał przez ramię. Zanim wybiegł, jednym ciosem pięści zbił lustro. Wizja się urwała.
Miariko odetchnęła głęboko i rozejrzała się po pomieszczeniu. Chociaż była pewna, że nic tam nie znajdzie, dla pewności przejrzała szuflady komody. Były puste. Nie miała ochoty dłużej tu siedzieć, więc szybko poszła dalej. Obraz chłopaka nie chciał dać kunoichi spokoju, ale nie pozwalała sobie na ani minutę rozmyślań. Nie dzisiaj, nie po to kupiła posiadłość. Zwyciężyć z przeszłością – taki był cel.
Zwiedziła cały dom z wyjątkiem jednego pomieszczenia: pokoju Itachiego. Zostawiła sobie tę wątpliwą przyjemność na koniec, a teraz, gdy już nie mogła jej dłużej odkładać, zatrzymała się przed znajomymi drzwiami. Przez ułamek sekundy coś nieprzyjemnie ściskało dziewczynę w żołądku, wzięła więc szybki oddech i weszła. W kilka sekund wydarzyło się kilka rzeczy, na które Miariko reagowała raczej instynktownie. Najpierw dziewczynie wyrwało się krótkie „ah!”, gdy dziwnie znajomy kształt znalazł się pół metra przed nią. Ktoś popchnął ją do tyłu, też zapewne odruchowo, a Yoshitomi wykorzystała to, by spojrzeć na przeciwnika. Błysnął Sharingan, zamknęła oczy i skoncentrowała chakrę, by potem złapać czyjąś dłoń. Nieznajomy krzyknął, szarpnął się, a potem znieruchomiał. Dopiero teraz, ciągle czując walące w piersi serce, podniosła powieki. Czarnowłosy chłopak zatoczył się pod wpływem narzuconej wizji i upadł na kolana kaszląc. Oszołomiona wpatrywała się w przypadkowo pokonanego przeciwnika.
- Sasuke-kun?
Odchrząknęła z zakłopotaniem i po raz kolejny wbiła wzrok w unieruchomionego na łóżku shinobi. Musiała przyznać, że wydoroślał, odkąd ostatni raz go widziała. Miał dłuższe włosy i o wiele bardziej pociągłą twarz. Ubrany na modłę popleczników Orochimaru wyglądał co najmniej dziwnie, ale nie zastanawiała się nad tym dłużej. Bardziej dziwił ją fakt, że spotkali się w Konoha, w pokoju Itachiego, w sam środek dnia. Była pewna, że gdyby cofnęła iluzję, próbowałby uciec i nie miałaby szans na rozmowę, więc profilaktycznie unieruchomiła go na łóżku. Sytuacja trochę ją bawiła, trochę wprawiała w zakłopotanie, ale obudziła w Widzącej coś jeszcze. Odkąd zobaczyła znajomą twarz, która kojarzyła się jej tylko i wyłącznie z beztroskim dzieciństwem, kolejne emocje zaczynały dawać o sobie znać. Odczuwała je wszystkie tym bardziej, im bardziej starała się zaprzeczyć swoim ludzkim odruchom. Radość, niepokój, strach, ulga, nawet rozbawienie, wszystko domagało się ujścia poprzez kolejne gesty. Miariko chodziła po pokoju i rzucała mu ogłupiałe spojrzenia, wykorzystując chwilową nieprzytomność chłopaka. Technika była prosta: uderzała w większość mięśni i pozwalała ofiarze jedynie mówić i ruszać głową. Ze względu na Sharingan przewiązała mu oczy czarną opaską od Miyoshi. Musiała wziąć kilka głębokich wdechów i wygodnie usiąść na parapecie, żeby dopiero teraz wyciągnąć Sasuke z iluzji. Zachłysnął się powietrzem i zaczął kaszleć, ale potem znieruchomiał.
- Słyszysz mnie? – zapytała możliwie najmilszym i najspokojniejszym głosem, na jaki było ją stać.
- Tak. – Nadal się nie ruszał, najwyraźniej próbował ocenić swoją sytuację. W myślach zakpiła, że niewiele ma do oceniania, raczej powinien przyznać się do totalnej porażki.
- Sasuke-kun, wiesz, kim jestem? – Absurdalność sytuacji zaczęła ją bawić. Mało tego, że otrzymała misję znalezienia chłopaka, to jeszcze wpadła na niego w najmniej oczekiwanym miejscu: pokoju Itachiego.
- Nie.
- A obiecujesz mi, że będziesz dobrym chłopcem i nie użyjesz Sharingan, jeżeli zdejmę opaskę?
Nie odpowiedział. Skrzywiła się. Nie tak wyobrażała sobie spotkanie z młodszym braciszkiem Uchihy i bynajmniej nie takiej ilości pogardy oczekiwała. Uznała, że czas zmienić taktykę i szybciej rozwiązać nieporozumienie. Nieporozumienie? A właściwie, czego mogłaby od niego chcieć?
- Więc zapytam inaczej – podjęła rozmowę – co robiłeś w pokoju Itachiego?
Gwałtownie spojrzał w jej stronę i znowu znieruchomiał. Zaśmiała się w duchu. Pewnie myślał, że łatwo przejrzy przez materiał i rozszyfruje jej tożsamość, a tu niespodzianka. Opaska Miyoshi uniemożliwiała uruchomienie technik ocznych nawet dla Widzących, a co dopiero dla członków klanu Uchiha. Uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Jesteś bezbronny.
Nawet zirytowany i upokorzony Sasuke wiedział, że teraz musi grać według jej zasad. Przełknął dumę i zapytał ochrypniętym, niesamowicie chłodnym głosem.
- Czego chcesz?
Zastukała obcasami o drewnianą podłogę, gdy podeszła do łóżka. Drgnął, ze słuchu oceniając jej wzrost, masę ciała, dzielącą ich odległość. Odgarnęła czarny kosmyk włosów, który wpadał jej nieustannie na oczy i utkwiła spojrzenie w pokonanym.
- Pogadać, nic więcej.
- Jesteś z Liścia? – zapytał ostrożnie, coraz bardziej zniecierpliwionym głosem.
Oparła się o łóżko jednym kolanem i rozwiązała opaskę. Nie odsłoniła mu oczu, dla zabawy trzymając chłopaka w napięciu. Poczekała kilka sekund i uśmiechnęła się kpiąco.
- Tak samo jak ty, Sasuke-kun. – Ściągnęła materiał.
Zaniemówił. Przed sobą, w odległości może pół metra, miał znajomą postać z przeszłości. Na początku jej nie poznał, ta myśl wydała mu się zbyt absurdalna, ale żółtych oczu nie sposób było pomylić. Czuł, jak złość skręca mu wnętrzności, a przegrana wydała się nagle o wiele bardziej upokarzająca, niż gdy nie znał przeciwnika. Miariko niemal czuła na sobie palący wzrok chłopaka, ale nie odezwała się pierwsza. Przemogła także chęć cofnięcia się, pod presją lodowatego wzroku i wyraźnej niechęci. Dopiero po dłuższej chwili, gdy powoli zaczynała rozumieć, że może zapomnieć o miłej pogawędce, jej uśmiech zbladł. Chłopak odzyskał mowę, natychmiast sprawiając, że pożałowała zdjęcia opaski.
- Yoshitomi Miariko – powiedział drżącym z obrzydzenia głosem i skrzywił pogardliwie usta. – Uwolnij mnie – zażądał.
Tym razem nie wytrzymała spojrzenia i cofnęła się do parapetu. Zaczynała żałować, że rano odmówiła sobie dawki uspakajających ziół.
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

czwartek, 16.kwietnia.2009, 20:09
Przez dłuższy czas w Konoha nie działo się nic specjalnego. Życie płynęło swoim tempem, do którego Miariko powoli przywykła. Od długich dwóch tygodni dzień w dzień trenowała z Naruto. Gdy miała dzieciaka pod ręką, nie zastanawiała się nad konsekwencjami swoich czynów, po prostu ćwiczyła. Czasem zabierała go na wspólne bieganie. Wstawali wtedy o piątej rano i biegali całe trzy godziny, aż chłopak nie mógł stać, a ona zaczynała ciężko dyszeć. Naruto dorastał. Cały czas o nic nie pytał, przebywając z Widzącą zamykał się w sobie i coraz mniej odzywał. Koncentrował się na wygranej, na zwycięstwie, a pomimo tego wyczuwała w nim jakąś wątpliwość. Nie dziwiła mu się, ale nie chciała zaczynać rozmowy. Nic dziwnego, że gdy Kakashi powiedział, że zabiera blondynka na prywatny trening, nie protestowała, życzyła im udanej pracy i odeszła, zanim ten zdążył zrozumieć rozwój wypadków. Uwolniła się od ciężaru.
Teraz zostało jej kolejne zadanie, którego realizację planowała od jakiegoś czasu. Zaczęła na spokojnie, jak zwykle. Wstała rano, wzięła krótką kąpiel i starannie się uczesała. Przygotowana tak, jakby wybierała się na śmiertelnie ważne negocjacje, Miariko skierowała swe kroki w stronę biura Hokage. Już idąc po schodach, zastanawiała się, jak ująć problem, by zgodę. Pochłonięta myślami, nie przejęła się biegnącymi shinobi i Kakashim, który wypadł z gabinetu Czcigodnej z plikiem papierów w dłoni. Zapukała i weszła.
- Tsunade-sama – zaczęła, po raz ostatni wahając się nad obraną strategią. – Mam sprawę, mogę?
Blondynka zmarszczyła brwi. Widać było, że jest zdenerwowana. Coś musiało się wydarzyć, tym bardziej, że po Kakashim z gabinetu wybiegła Shizune. Za ścianą Miariko słyszała imię Naruto, ale nie przejęła się zbytnio. Zapewne kolejne kłopoty. Ten chłopak cały czas coś wymyślał, a że Piąta była na jego punkcie przeczulona… cóż. Mimo wszystko, jeżeli była zła, nie należało wprowadzać planu w życie. Ale z drugiej strony – krzyczał rozum Yoshitomi – już tu przyszła, pokonała nudne schody, wytrwała spojrzenie agentów ANBU przy drzwiach. Drgnęła. Na chwilę zapomniała o planie. Od kiedy ANBU pilnuje Hokage? Wszystkie te wątpliwości przemknęły jej przez myśl zaledwie w kilka sekund. Nie zdążyła sobie odpowiedzieć, zanim Hokage nie skinęła głową i zabrała głos.
- Tak, mam chwilę. – Była zmęczona i blada. Splotła dłonie na biurku, ale nawet nie odgarnęła włosów rozrzuconych w nieładzie na ramionach. – O co chodzi?
Miariko szybko odpędziła myśli o agentach ANBU i ich palących spojrzeniach, które czuła na plecach. Przybrała możliwie najłagodniejszy z uśmiechów, jakie znała i spojrzała kobiecie w oczy.
- Sprawa dotyczy Uchihy… - zaczęła. Nie podejrzewała, że wymówienie jego nazwiska wywoła nieprzyjemny skurcz gardła. Kontynuowała. Tsunade słuchała wyraźnie, a agenci z tyłu zapewne wstrzymali oddechy. – Chcę kupić część ich dawnej posesji – wyrzuciła z siebie Miariko, nie odrywając spojrzenia od Tsunade.
Piąta zamrugała nerwowo. Przez chwilę wpatrywała się w nią z niedowierzaniem. Stojący z tyłu agenci poruszyli się. Miariko wydawało się, że usłyszała westchnienie ulgi, ale nie zwróciła na to większej uwagi. Hokage, tym razem z niemal matczynym uśmiechem i promieniejącą twarzą, zaczęła gmerać w szufladach biurka.
- Tak, tak, oczywiście – odparła szybko. – Usiądź sobie – wskazała jej kanapę pod ścianą – to troszkę potrwa.
- Nie muszę dostać dokumentów teraz, chodziło mi tylko o samo potwierdzenie możliwości.
- Nie, to żaden kłopot. – Tsunade przerzuciła papiery bardziej nerwowo i podniosła głowę. – Shizune! – zagrzmiała.
Miariko zajęła wskazane jej miejsce. Blondynka uśmiechała się do niej z pobłażaniem. Yoshitomi odwróciła wzrok. Coś jej nie grało. Gdy już przestała denerwować się sprawą mieszkania, zaczęła analizować sytuację. Wcześniej tak obawiała się konieczności tłumaczenia, może jakiś złośliwych komentarzy na temat jej i Uchihy, że długo nie mogła zmusić się do odwiedzenia Piątej. Teraz, gdy wszystko poszło jak po maśle, zaczynała być podejrzliwa. Dlaczego? Jej pytanie wywołało zdumienie, ale jak na jej gust za szybko zostało przyjęte. W grę wchodziła jeszcze cena, może będzie za wysoka? A może Miariko powinna pomyśleć o tym, co stało się zanim tu przyszła? Nonsens. Dlaczego niby miałaby się tym zajmować? Od długiego czasu nic się nie działo, a nawet jeśli, nie była zaangażowana w sprawy wioski.
- Tsunade-sama, jestem. – Shizune wpadła do środka. Także wyglądała na zdenerwowaną, a na widok Miariko omal nie zrobiła kroku w tył. Rzuciła szybkie spojrzenie przełożonej.
Blondynka uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a Yoshitomi powoli się wyprostowała. Spojrzenie Shizune nie pozostawiało wątpliwości, Miariko pojawiła się u Hokage w najmniej odpowiednim momencie. Tylko w jaki sposób?
- Przynieś proszę papiery nieruchomości należących do klanu Uchiha – wyrecytowała do podwładnej urzędowym głosem Piąta. – Miariko-san chciałaby zakupić jedną z nich…
- Interesuje mnie posiadłość Itachiego – wtrąciła.
- Ach? – Sądząc po minach obecnych, nie oczekiwali takiego obrotu sprawy. – Dlaczego?
Dziewczyna wzruszyła ramionami, za wszelką cenę udając wyluzowaną.
- Czy jest w tym coś dziwnego? Znam ten dom na pamięć, jest prawie jak mój własny.
- No, tak – mruknęła Tsunade i wskazała Shizune drzwi. Szatynka wyszła.
Zapadła cisza, którą przerywało tylko miarowe tykanie zegara na ścianie. Tsunade siedziała zamyślona. Wzrok zatrzymała na drzwiach, a palcami bezszelestnie przebierała po biurku. Agenci ANBU stali nieruchomo jak dwa posągi w porcelanowych maskach. Miariko bezczelnie zaczęła się im przyglądać. Wyglądali identycznie, byli nawet podobnej budowy. Nigdy nie lękała się ANBU, ale sposób, w jaki teraz zamarli… Gdyby była nieco młodsza, zapewne wzdrygnęłaby się ze strachu. Gdyby była młodsza… Wyjrzała za okno i zmrużyła lekko oczy. Ostatnio dużo wspominała. Nie myślała o Itachim czy Shisuim, jak zapewne powinna, ale o sobie. Próbowała przypomnieć sobie, w co kiedyś wierzyła, czego chciała. Gdzieś po drodze, gdzieś na zakręcie, których przecież była niezliczona ilość, zgubiła dawne cele. Teraz nie miała żadnych. Od czego zaczęła? Od chęci zostania shinobi. Potem chciała dorównać Itachiemu. Potem chciała być lepsza od Itachiego. Potem chciała Itachiego zabić. Itachi, Itachi, Itachi. A gdzie miejsce na nią? Gdzie miejsce na jej własne potrzeby? Właśnie dlatego kupowała dom Uchihy. Chciała go zupełnie zmienić, zamieszkać tam i wrzucić chłopaka do worka z pamiątkami. Przecież już czas. Chciała cofnąć się do własnego dzieciństwa. Przy użyciu przedmiotów, które te wydarzenia pamiętały, zapewne jej się uda. Wtedy zobaczy, w co tak naprawdę wierzyła i czego chciała… I nie będzie już więcej niczyją zabawką. Będzie Yoshitomi Miariko, prawdziwą kunoichi.
Nagle ciszę przerwały czyjeś kroki na korytarzu. Miariko drgnęła i wyprostowała się. Jej szósty zmysł zadziałał, wywołując uczucie niepokoju. Kroki były szybkie, ale nie głośne, nerwowe i najwyraźniej stawiane niepewnie. Jedna, dwie, trzy osoby? Zatrzymali się i zapukali. Kątem oka zauważyła, że Tsunade zacisnęła palce na krawędzi stołu.
- Wejść.
Do gabinetu weszło trzech shinobi. Miariko rozpoznała tylko jednego z nich. Był kolegą Naruto, niesamowicie inteligentnym dzieciakiem. Słyszała różne historie na jego temat. Podobno miał dostać wyróżnienie od Hokage, zaczynał chodzić na coraz bardziej zaawansowane misje. Młody geniusz? Jeżeli takim go nazwą, już mu współczuła.
Wszyscy milczeli dłuższą chwilę, aż w końcu jeden z nich zaczął mówić. Miariko nie potrafiła nazwać uczuć, które w jednej chwili przetoczyły się przez jej głowę. Modliła się, żeby nikt nie zauważył nienaturalnego dla młodej Widzącej zainteresowania sprawą.
- To Akatsuki. Kakashi potwierdził zgodność ich ubioru. Niestety, przybyliśmy za późno. Kapitan Asuma nie miał szans na przeżycie już w chwili naszej interwencji.
Piąta siedziała z pochyloną głową. Miariko zaskoczyła ta słabość, czy Hokage nie powinna zachowywać spokoju w każdej sytuacji? Ona nigdy nie pozwoliłaby na tak oczywiste pokazanie uczuć. W końcu każdy z czasem ginie, a skoro mowa tu o walce z Brzaskiem… Poczuła coś na kształt chorej dumy. Z Brzaskiem nie jest łatwo wygrać.
- Pokonaliście ich?
- Wycofali się gwałtownie. Nie wiemy, z jakiego powodu.
Ten fragment opowieści nieznajomego wydał się jej podejrzany. Z poprzednich opisów zrozumiała, że spotkali Hidana i Kakuzu. Ta dwójka miałaby się wycofać? Umarlaki? Przecież się nie przestraszyli, więcej przeciwników to dla nich lepsza zabawa. Więc może Lider ich wezwał? W myślach pogratulowała sobie sprytu. Tak, zapewne o to chodziło.
Tsunade pokiwała głową. W gabinecie znowu zapadła cisza, która powoli zaczynała denerwować Miariko. Żałoba z powodu śmierci jednego kapitana? Litości! Jej jedna część chciała ich wyśmiać i gardziła wrażliwością wszystkich z Liścia, ale pomimo tego, gdy patrzyła na jawną rozpacz w oczach najmłodszego shinobi, zaczynała mu współczuć. Stracił nauczyciela, a w końcu nawet ona wiedziała o ich przyjaźni.
- Co z Kurenai? – padło pytanie.
Piąta spojrzała na nich z wyraźnym bólem.
- Sama jej to powiem. Wy przekażcie innym
Dzieciak przestąpił z nogi na nogę i odezwał się po raz pierwszy. Miał ochrypnięty głos, ale mówił spokojnie. Yoshitomi z podziwem odnotowała, że nawet opanował drżenie rąk. Wydawał się najbardziej zrównoważony z całej trójki, a przecież tragedia właśnie jego dotyczyła najbardziej.
- Wolałbym sam to przekazać. Asuma-sensei zostawił mi ostatnią wiadomość dla Kurenai-san.
Piąta skinęła głową. Uśmiechnęła się współczująco, ale zapewne wiedziała, że ten gest niewiele pomoże. Nie zareagował, więc odprawiła ich, już nic więcej nie mówiąc. W drzwiach minęli się z Shizune, której uśmiechnięta twarz straciła kolor z sekundą, w której znalazła się w gabinecie. Szybko spojrzała na Hokage, a ta ponuro przytaknęła. Shizune zacisnęła usta w wąską linię, ale nic nie powiedziała. Położyła na stole dokumenty rezydencji i stanęła na swym zwykłym miejscu, u boku Tsunade. Zaczęły wypełniać dokumenty, ale Miariko jeszcze przez długi czas, nawet wracając do domu, miała przed oczami rozpacz na twarzy blondynki. Naprawdę chodziło tylko o stratę jednego kapitana? Jeżeli tak, to dlaczego aż do tego stopnia? Skąd te emocje? Nie rozumiała. Nie rozumiała tak długo, jak długo szła uliczkami wioski, ale gdy wreszcie stanęła u bram dawnej dzielnicy Uchiha, coś w niej drgnęło. Przekraczając znajome wrota, które zaskrzypiały upiornie, pozwoliła sobie na gorzki uśmiech. Spojrzała na drżące dłonie, które kurczowo trzymały akt własności i skierowała kroki w dobrze znanym kierunku. Dziwiła się emocjom Tsunade? Lekarzu, lecz się sam.
***

Zdążyłam na czas! Chciałam bardzo podziękować wszystkim, którzy odwiedzili mojego bloga i skomentowali pod ostatnią notką. Mam nadzieję, że będzie pojawiać się tutaj w każdy czwartek i że za każdym razem zastaniecie nową notkę ;) Proszę o krytykę i szukanie błędów. Potrzebuję wrócić co najmniej do dawnego poziomu ;)
Pozdrawiam,
Mya.
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

czwartek, 9.kwietnia.2009, 22:02
Postaram się regularnie, a krócej, bo na dłużej brak czasu. To straszne, jak bardzo jestem nieogarnięta, wstyd mi nawet Was przepraszać - proszę o zrozumienie. Postaram się, naprawdę się postaram.


- Lewa, prawa, lewa, lewa, kopniak, pięść, prawa! – Naruto krótkimi okrzykami dodawał sobie otuchy i zagrzewał do walki. Jego przeciwnik, śmiertelnie groźny manekin, wisiał już tylko na jednej nodze i kilku nitkach przyczepionych do pleców. Blondynek bezlitośnie stosował wszystkie znane kopnięcia i uderzenia, byle tylko wreszcie zamienić kukłę w stertę szmat i sznurków.
Miariko siedziała kilka metrów wyżej na jednym z konarów. Ćwiczeniom chłopca przyglądała się jednym okiem, a drugim wertowała katalog poświęcony dekoracjom domowym. Dywany, szafki, sofy, lustra, farby… Planowała przeprowadzkę i gruntowny remont, ale zanim za cokolwiek się zabrała, chciała określić, do czego dąży. Pieniędzy jej nie brakowało, w końcu ciągle dostawała pewne profity z handlu z innymi wioskami, miała układ z Peinem, a wreszcie postarała się o zatrudnienie u Hokage przy wypełnianiu misji i postanowiła zostać nauczycielką.
- Miariko-senpai! – Naruto opierał się dłońmi o kolana i ciężko dyszał, ale z jego twarzy nie schodził promienny uśmiech. Błękitne oczy śmiały się do dziewczyny, a ta nie mogła opanować uczucia sympatii. Tylko on, ten głupi chłopak Kyuubiego, o nic nie pytał. Nie dowiadywał się, jak Miariko wygrała z Itachim, nie próbował wyciągnąć od niej szczegółów z przeszłości. Rozmawiali o pogodzie, treningu i smakach ramen. Nawet obiecała, że kiedyś zabierze go w podróż po barach specjalizujących się w tej potrawie.
- Ciągle słabo – zawołała i wygięła usta w nieco drwiącym uśmieszku. – Trochę więcej życia! Masz rozwalić go jednym kopem, a nie dwudziestoma.
Skrzywił się, ale skinął głową i zasalutował.
- Tak jest!
Za to go lubiła. Większość dzieciaków już dawno by odpadła, zaczęliby marudzić. Powiedzieliby, że nie potrafią, że nie dają rady, że wszystko jest zupełnie do bani. Mieliby pretensje, że Miariko nie rozumie ich możliwości. A Naruto, chociażby miał zemdleć pod koniec lekcji i spać na polanie, nigdy się nie poddawał. Do końca kopał w manekiny i raz na jakiś czas szukał pochwały. Jako że dostawał ją naprawdę rzadko, próbował coraz bardziej zaciekle.
- Naruto! – przerwała mu na chwilę. – Musisz wziąć lepszy zamach – poradziła. Gdy nie zrozumiał, zeskoczyła na ziemię. Otrzepała dłonie, podeszła do jeszcze nieruszonego manekina i wskazała go chłopakowi głową. – Patrz i ucz się. – Wzięła głęboki wdech, cofnęła się kilka kroków, ugięła nogi, podbiegła i kopnęła. Kukła z głuchym trzaskiem rozpadła się na dwie części. Powstrzymała pełen satysfakcji uśmieszek i zamiast tego z obojętną miną wróciła na swój konar.
Naruto przyglądał się jej z niedowierzaniem. Chwilę stał z uchyloną buzią, a gdy jego nowa sensei nie dodała żadnego komentarza, po prostu wrócił do treningu.
Gdy chłopakowi wreszcie udało się rozwalić manekin trzema uderzeniami, pochwaliła go i zakończyła lekcję. Marudził, jęczał i na pewno biegłby za nią prosząc o jeszcze trochę, ale zwyczajnie nie miał siły. Zostawiła go na polanie ledwo przytomnego i z butelką wody. Stwierdziła, że jeżeli spotka Sakurę, na pewno przyśle ją po chłopaka, ale jeżeli nie… cóż. To nie byłby pierwszy raz, gdy Naruto nocuje po treningu na polanie. Uśmiechnęła się, a mijając budkę z ramenem nie mogła powstrzymać niepokojącego uczucia zadowolenia. Przyzwyczajała się. Życie w Konoha nie było takie straszne, jak na początku zakładała. Przygotowała się na codzienne depresje, na załamania nerwowe, na wspomnienia, a tymczasem nie mogła narzekać na żadne z nich. Powód? Brak czasu. Była zajęta udzielaniem lekcji, własnym treningiem i urządzaniem mieszkania. Misja od Peina póki co leżała zakurzona, a Miariko wcale nie spieszyła się do jej wykonywania. Dostarczyć wiadomości o Jinchuuriki? A co ona mogła powiedzieć, czego oni nie wiedzieli? Wolała po prostu bawić się w wiosce i cieszyć życiem, które stopniowo odzyskiwała.
Po drugiej stronie ulicy mignęła jej sylwetka młodego Hyuugi. Neji opierał się o witrynę sklepową i bezczelnie śledził Yoshitomi spojrzeniem. Zaklęła w myślach, ale nie dała po sobie poznać, że w ogóle go zauważyła. Denerwował ją. Po incydencie z Itachim wszyscy mieli wątpliwości co do Miariko, nie dziwiła im się. Jednak tylko Hyuuga nie dawał za wygraną. Ilekroć się widzieli, próbował zamordować ją wzrokiem, a gdy zdarzała się okazja do rozmowy, zadręczał dziewczynę niepotrzebnymi pytaniami. Stłumiła pogardliwe prychnięcie. Jakby w ogóle zamierzała mu odpowiadać! Jeżeli taki dzieciak sądzi, że coś z niej wyciągnie, grubo się myli. Już ona mu kiedyś pokaże, że z Widzącą nie wolno zadzierać. Nawet, jeżeli jest tylko uczennicą prawdziwej Widzącej.
***
Prawdziwa Widząca zaczynała tęsknić za swoją uczennicą. Leżała przewieszona przez najdroższą w katalogu, skórzaną kanapę i pochłaniała zadziwiające ilości lodów truskawkowych. Nudziło się jej. Miariko wyjechała jakieś dwa tygodnie temu… nie, więcej! Rudowłosa Miyoshi skrzywiła się i wpakowała do ust kolejną łyżkę lodów. Zgnije tu, umrze na rutynę.
- Miyoshi-sama – cieniutki głosik służącej przebił się przez ponure myśli kobiety – pan przyjechał.
Ruda poderwała się gwałtownie. Nareszcie! Czując, jak rozpiera ją pozytywna energia, skoczyła do drzwi, w biegu odstawiając pudło z niedokończonymi lodami. Madara nie zdążył nawet odwrócić się w jej stronę i otworzyć ust, gdy ta rzuciła mu się na szyję. Wydał z siebie coś pomiędzy próbą krzyku a jękiem rozpaczy i z impetem walnął potylicą w kamienną podłogę. Roześmiana Miyoshi chwilę tuliła się do niego, zasypując rudymi lokami, aż wreszcie się wyprostowała. Ciągle siedząc na mężczyźnie okrakiem, podniosła zdumione spojrzenie niebieskich oczu na jeszcze jedną, do tej pory niezauważoną postać. Przed nią, ze szczęką niemal opierającą się o posadzkę, stał zszokowany Itachi.
Gdy Madara skończył wrzeszczeć na Miyoshi, gdy ta skończyła śmiać się z jego złości, gdy Itachi wreszcie przyjął do wiadomości fakt, że nawet największy shinobi zostaje poniżony gdy w grę wchodzi kobieta, wreszcie przeszli do salonu. Najstarszy Uchiha cały czas łypał na nią ze złością, ale ta niewiele sobie z tego robiła. Siedziała koło niego, bez przerwy bawiąc się palcami mężczyzny. Ten szybko opowiadał, co stało się w czasie walki Itachiego z Miariko. Gdy doszedł do końca, ruda parsknęła śmiechem.
- Spuściła mu lanie! – podsumowała radośnie.
Itachi skrzywił się lekko, ale nie odpowiedział. Zawiesił wzrok na sobie tylko znanym punkcie w przestrzeni i milczał od początku rozmowy. Widząca była taka dziwna. Śmiała się, wygłupiała, zachowywała jak skończona idiotka, a przecież wiedział, że jest niemal równie potężna, co Madara.
- Spuściła mu lanie – potwierdził mniej radośnie Madara. – Chcemy wiedzieć, jak. Czego ją nauczyłaś?
Uniosła brew.
- Twoje niedoczekanie, nie powiem ci. Ani tobie, ani jemu. To już moja i jej sprawa. Powinna zlać mu tyłek, jeżeli mnie o to pytasz.
Itachi błyskawicznie odwrócił głowę w jej stronę, ale Madara był szybszy.
- Nikt cię o to nie pyta – warknął i gwałtownie cofnął głaskaną przez kobietę dłoń. Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem. – To ważne. Chcę wiedzieć, jakie możliwości ma przeciwnik.
- Przeciwnik? – Z uroczym przypominającym grymas uśmieszkiem sięgnęła po kubeł z lodami. Wpakowała porcję do ust, a gdy przełknęła, spojrzała najpierw na jednego, potem na drugiego. – W głowach się wam, chopaki, poprzekręcało – stwierdziła.
Obaj z trudem powstrzymali się od komentarza, a ich złość tylko zachęciła ją do dalszej wypowiedzi.
- Moja dziewczyna nie jest waszym przeciwnikiem. Ona po prostu nie lubi tego dupka. – wskazała głową na Itachiego. – Zresztą ma powody, jak wszyscy wiemy – dodała ironicznie.
Itachi siedział nieruchomo. Pobladł, zacisnął usta i wyglądał tak, jakby zaraz miał przestać oddychać.
- Nie mieszaj w to ich romansów! – Madara zaczął się niecierpliwić. – Chodzi o Lisa. Obojętnie, kto go trzyma. Zresztą, też go potrzebujesz.
- Miariko ma Lisa? – Tym razem łyżka z lodami zatrzymała się w połowie drogi do ust. Niebieskie oczy z uwagą przyglądały się Madarze.
Zwęszył zwycięstwo i pokiwał głową. By dodać dramatyzmu, ściszył nieco głos.
- Zaprzyjaźniła się z nim.
Miyoshi połknęła wyjątkowo sporą porcję i skrzywiła się, gdy zimne lody zraniły szkliwo. Oparła się wygodniej i zarzuciła nogę na nogę. Przez dłuższą chwilę milczeli. Oni przyglądali się, jak zapala długiego papierosa i zaciąga się dymem, ona słuchała deszczu bębniącego o szyby. Zatoczyła stopą spore kółko w powietrzu i wypuściła z ust szary obłok.
- To zmienia postać rzeczy .
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

niedziela, 1.lutego.2009, 21:02
Chyba się zregenerowałam, tak sobie myślę. Teraz wyjeżdżam na ferie, ale potem notki będą w czwartki - jak zwykle. :) Porzuciłam me głupie zamysły opowiadania i trzymam się tego, co wymyśliłam prychając i przeklinając nogę w gipsie. Takie pomysły są zdecydowanie najlepsze.
Przepraszam wszystkich, których blogów nie komentowałam. Teraz nadrabiam zaległości i wracam do mylogowego światka. Jeżeli ktoś ma ochotę wykonać dla mnie szablon - zgłaszać się! :)
Mya
***


Nie zamierzała zmarnować czasu, który Itachi dał jej na przygotowania. Jeszcze zamykając Sakurę i Naruto w domu, nie była pewna, co zrobić. Wahała się, bała. Zawsze bała się, gdy miała go zobaczyć, a teraz, gdy za plecami trzymała Kyuubiego, strach narastał coraz bardziej. Z drugiej strony, Naruto to dziecko. Dziecko, które patrzyło na nią z taką ufnością i wiarą, dziecko, które chciało obronić wszystkich dookoła i zostać Hokage. I odzyskać przyjaciela.
Przyjaciel.
Słowo odbiło się echem w głowie i wywołało nieprzyjemny dreszcz. Przyjaciel. Zdecydowała w ułamku sekundy, sięgając do sakiewki z glinianymi ptakami. W końcu jeżeli być komuś wierną, to właśnie przyjaciołom.
***
Kakashi skoczył w bok i gwałtownym ruchem złapał glinianego ptaszka wielkości kubka. Przyglądał się z niedowierzaniem, jak glina traci kształt i zamienia się w kulkę, a na jego dłoni zostaje nabazgrana pospiesznie wiadomość: „Akatsuki zaatakowało. Ptak nas znajdzie.”. Nie potrzebował więcej czasu, żeby zrozumieć. Pobiegł do Hokage.
***
Stali naprzeciwko siebie. Ona – w fioletowym kimonie, z czarnymi rękawiczkami na dłoniach i on – w czarnym, zdobionym czerwonymi chmurami płaszczu Brzasku. Wszystko zdawało się wstrzymywać oddech, nawet wiatr zamarł w bezruchu. Itachi zmrużył lekko oczy i napiął mięśnie lewego ramienia. Była szybsza. Skoczyła w bok i w locie wykonała pieczęć. Jeden klon zaatakował z tyłu, drugi z boku. Itachi odparł uderzenia, ale dostała kilka dodatkowych sekund. Obrót, rzut kunaiem, przykucnięcie, unik. Przymknęła oczy i wybiła się do góry, uskakując przed jego kopnięciem. Słyszała rytm ich oddechów, wyraźnie odróżniała uderzenia jego stóp i dłoni, gdy atakował. Uśmiechnęła się. Najpierw kącikiem ust, gdy zrobiła salto w tył i trafiła pięścią w jego szczękę. Potem, gdy jego noga świsnęła przed twarzą, a Miariko odturlała się na bok i pozwoliła walczyć mu z klonem, uśmiechnęła się szerzej. Aż wreszcie, gdy ich dwa ogniste jutsu z hukiem zderzyły się w środku lotu, parsknęła głośnym, lodowatym śmiechem.
- Kopę lat, Itachi! – krzyknęła, wykonując kolejną pieczęć. Zniknęła i pojawiła się pod nim, trafiła w żebra. Chłopak oddał jej z nawiązką, ostrze shurinkena rozcięło skórę na ramieniu kunoichi. Śmiała się dalej, rzuciła gwiazdką i zaczęła składać pieczęć kuli ognia. – Jakie to słodkie! – przychyliła głowę na bok, gdy uniknął ciosu i zatrzymał się w bezpiecznej odległości. – Jak uroczo rozmawiamy, prawda? Jak zawsze! – parsknęła. – Zawsze tak rozmawialiśmy, nie, Itaś?! Zawsze się biliśmy, zawsze się zabijaliśmy – podkreśliła to słowo, znowu wyskakując w górę i atakując go kopnięciem z prostej niemal nogi. – Ale teraz to nowa – padła na ziemię i odbiła się, by nie oberwać łokciem – teraz to nowa klasa. – Wyrwała z ziemi rzuconego wcześniej kunaia i cisnęła nim w płaszcz przeciwnika. Trafiła, materiał rozerwał się z nieprzyjemnym zgrzytem. Skoncentrowała chakrę w dłoni i przechyliła głowę ponownie. – Teraz nasze zabijanie to sztuka – oświadczyła drżącym głosem i pobiegła do przodu.
Otworzył szeroko oczy. Nie znał tej techniki. Do tej pory walczyła bardziej na pokaz, niż poważnie, a on napawał się taką zabawą. Chciał, to znaczy musiał, tak, musiał ją zabić. Ale jeżeli na początku Miariko chce trochę powspominać, cóż… W końcu każdy ma do tego prawo. A on lubił się bawić. Zauważył jej kroki, ugięcie kolan… Złapał za nadgarstek.
Yoshitomi odsłoniła zęby w uśmiechu.
- Bingo – syknęła.
Wrzasnął. Wrzasnął tak, jak już dawno nie wrzeszczał.
***
Kisame drgnął i zamrugał kilkakrotnie. Musiał powtórzyć tę niedorzeczną myśl kilka razy, ale zdecydowanie nie było mowy o pomyłce – właśnie słyszał coś, co brzmiało jak… wrzask Itachiego?
Przerzucił miecz przez plecy i puścił się biegiem w kierunku walki. Przecież nie może tego nie widzieć! To będzie najzabawniejsza wiadomość, jaką przekaże innym członkom Brzasku.
***
Tsunade wyznaczyła drużynę w ciągu zaledwie kilku minut. Kakashi, Sai, Ino i młody Hyuuga. Nie obchodziło ją to, że właśnie wysyła najlepszych shinobi do lasu, na jakąś bliżej nieokreśloną misję. Naruto był… Naruto mógł być martwy. Coś przeszkadzało jej zebrać myśli i uspokoić dłonie, dlatego, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, rzuciła Shizune zdenerwowane spojrzenie.
- Przynieś mi sake – szepnęła. Kobieta uniosła brew i powoli odłożyła trzymaną w ramionach świnkę. – SAKE MÓWIĘ! – krzyknęła, zamieniając stół w dwie stołowe połówki.
Shizune wybiegła z prędkością światła.
***
Miała ciężki i nierówny oddech, ale uczucie satysfakcji zdecydowanie przewyższało zmęczenie. Uśmiechnęła się lekko i przykucnęła obok nieprzytomnego Uchihy. Po chwili usiadła i oparła brodę na kolanach. Itachi leżał twarzą w błocie i wyglądał wyjątkowo niekorzystnie. Zresztą, cóż. Miariko jeszcze nie słyszała o kimś, kto leżąc w błocie, wygląda korzystnie. No, może oprócz Kakuzu, który dobrze wygląda tylko wtedy, gdy go nie widać. Odwróciła chłopaka na plecy i odgarnęła czarne kosmyki włosów, które złośliwie przyczepiły się do jego twarzy. Uśmiechnęła się. Gdy był nieprzytomny, wyglądał trochę jak mały Itaś, którego znała. Miał łagodne rysy twarzy, bladą cerę, czarne włosy… Zatrzymała wzrok na szyi chłopaka i na kilka sekund wstrzymała oddech.
- Głupi – szepnęła, wpatrując się w śmieszny, żyłkowy naszyjnik. Miała kiedyś taki sam, ale Pein go zerwał gdy… no, nieważne, kiedy go zerwał. Dość, że rozstała się z nim, to jest z naszyjnikiem, jakiś czas temu.
- Natsumo-san? – rozbawiony głos Kisame wyrwał ją z zamyślenia. Odwróciła się przez ramię. – Zabiłaś go?
Ugryzła się w język, żeby nie parsknąć drwiąco. Zabiła go? Jakby umiała. Przecież próbowała.
- Zaraz będą tu shinobi z Liścia. Lepiej się zmywajcie – poradziła chłodno i wstała. Otrzepała z piasku dłonie, cały czas nawet na niego nie patrząc.
Zarechotał i odsłonił zęby.
- Chyba kpisz, Natsumo-san. Daj Kyuubiego, to pójdziemy.
Obdarzyła go wyjątkowo lodowatym spojrzeniem żółtych oczu.
- Jeżeli obaj będziecie nieprzytomni, żaden stąd żywy nie wyjdzie. Konoha chętnie zobaczy was martwych.
- Och? – przekrzywił głowę i powoli dotknął rękojeści miecza. – Jesteś wielką wojowniczką Konohy? – Wskazał na jej czoło pozbawione ochraniacza. – Chyba odmówili adopcji, co?
- Zamknij się i spieprzajcie – poradziła i odwróciła się do niego tyłem. Po chwili dodała spokojniej – Kisame, za chwilę będzie tu czwórka shinobi z Kakashim na czele.
Rekin z niechęcią spojrzał na nieprzytomnego towarzysza.
- Hatake?
Skinęła głową.
- A on? – wpatrywał się w Uchihę. – Co z nim?
Przez chwilę wydawało mu się, że dziewczyna chciała się zaśmiać.
- Wyśpi się.
Kakashi biegł ile sił w nogach, a tymczasem, gdy już dotarli do niewielkich rozmiarów polany, okazało się, że niepotrzebnie. Naruto i Sakura siedzieli koło Miariko i słuchali jakiejś jej opowieści. Yoshitomi uśmiechała się raz po raz, równocześnie pozwalając Sakurze leczyć rozcięte ramię. Cała trójka siedziała na… rozłożonym płaszczu Akatsuki.
- Yoshitomi! Twoja wiadomość…
- Jak zwykle spóźniony, sensei – oznajmił wesoło Naruto i wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Miariko-san sprała im tyłki. Co prawda, nie chciało się jej ich gonić… - dodał skrzywiony.
Miariko zerknęła na niego ze źle udawaną złością.
- Sam sobie ich goń – prychnęła. – Gdybyś był na moim miejscu, teraz wisiałbyś w siedzibie Brzasku.
Sakura westchnęła ostentacyjnie, ale nie przerwała leczenia. Szykowała się kolejna kłótnia.
- Pokonałbym ich! Nie musiałaś nas zamykać!
Yoshitomi zamachnęła się na niego, ale uniknął.
- Bez poufałości! Więcej szacunku proszę, na „ty” nie przechodziliśmy!
- Ale mogłaś ich gonić, senpai!
- Sensei!
- Nie powiem tak – zaperzył się.
- Powiesz.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Ale to już.
- Nie.
- Mów albo ci flaki wypruję…
- To trzeba było trochę ducha ognia wykazać!
- Ty wstrętny gniocie, zaraz cię…
- Yoshitomi! – krzyknął zdezorientowany Kakashi, którego ta wymiana zdań na chwilę pozbawiła mowy. Wpatrywał się w Miariko i Naruto tak, jakby pochodzili z zupełnie innej planety. – Co tu się stało?!
Kunoichi zamrugała, jakby dopiero teraz dotarła do niej konieczność złożenia raportu. Nie uśmiechnęła się, za to chwilę wpatrywała w skupioną twarz dawnego kapitana. Czasem zastanawiała się, co on ma pod tą maską. I dlaczego niby ciągle w niej łazi. Przecież ma żuchwę i mówi całkiem wyraźnie, więc co on tam ma? Trądzik? Na samą myśl o tym, jej usta zadrżały niebezpiecznie. Musiała szybko cofnąć się myślami do walki sprzed chwili i złapać oddech, żeby nie parsknąć śmiechem. Udała, że kaszle na skutek jakichś uszkodzeń wewnętrznych.
- Walczyłam z Itachim – odparła spokojnie, znowu wytrzymując jego spojrzenie. – Ogłuszyłam go, potem przybiegł Hoshigaki, są partnerami i…
- Ogłuszyłaś? – powtórzył jak echo Hatake. Stojący za nim shinobi też wydawali się zaskoczeni. – Jak mogłaś go ogłuszyć w pojedynkę?
Yoshitomi wydawała się zdziwiona.
- Jak to: jak? Skutecznie – prychnęła. – Gdy się z kimś walczy, czasem zamiast wypruwania flaków, można go ogłuszyć…
Naruto zachichotał w tle, ale umilkł, czując na sobie miażdżący wzrok Hyuugi.
- Chcesz powiedzieć, Yoshitomi, że pokonałaś w pojedynkę mężczyznę, którego Asuma, Kurenai, Gai i ja nie mogliśmy pokonać?
- Najwyraźniej. – Wzruszyła ramionami i podziękowała Sakurze za uleczenie ramienia. Podniosła się, gestem nakazując im, by zrobili to samo. – W końcu znam go, odkąd zaczął chodzić do Akademii, prawda?
- A może on nie chciał walczyć? – wtrącił się chłodno Neji.
Żółte oczy Miariko błyskawicznie przeskoczyły do jego postaci. Dłuższą chwilę wpatrywała się w niego i z obrzydzeniem wykrzywiła usta.
- Hyuuga. – Ton jej głosu jasno sugerował, że ma mdłości na samą myśl o klanie Nejiego. – Lepiej nic nie mów – poradziła chłodno i podniosła z ziemi płaszcz. Otrzepała go, chwilę wpatrywała się w czerwone chmury, po czym uśmiechnęła się lekko. – Trofeum jest, drużyna cała, pora wracać do wioski.
Ze wszystkich obecnych, tylko Naruto się rozpromienił.
- Na ramen!
Miariko zaśmiała się i skinęła głową.
- Na ramen.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

czcionkę powiększę, promise

piątek, 7.listopada.2008, 23:26
Nie wiem, dlaczego to jeszcze piszę. Z przyzwyczajenia chyba, z takiej banalnej potrzeby oderwania się od jesieni i deszczu za oknem, czasem dlatego, że nudzą mnie już te poważne teksty, poważne myśli, poważne życie i mam ochotę uciec, zatrzasnąć się w jednym wymiarze z herbatą, z Twymi Błękitnymi Oczętami, ze mną i nie myśleć o niczym, pisać głupie opowiadanie, które zaczęłam mając złamaną nogę i które jest po prostu moją terapią i czasem gdy biegam po płynących deszczem ulicach myślę sobie, że jednak siedzą we mnie te brednie wszystkie, ta wiara w lepsze jutro, to cholerne udawanie, że się uśmiecham, że to wszystko to jednak nie takie kłamstwo zupełne... albo może już nawet siebie okłamałam, nie chcę wiedzieć. Gdy biegam po lejących się deszczem ulicach chcę myśleć tylko o Miariko, tylko o Miyoshi i tylko o Madarze, który przecież, wszyscy wiedzą, wcale Madara na imię nie ma, chociaż ciut podobnie.
To taki wywód był mój, powinnam dać na bazgroły, powinnam coś napisać, ale ile pisać można mądrze? Będę reżyserką. Wspaniałą reżyserką, która będzie kręcić dużo komedii, bo komedie są ludziom potrzebne. To taka rozpaczliwa walka o wolność śmiechu, te nasze komedie.

***
Wpatrywała się w słońce rozlewające czerwoną łunę nad budynkami Konohy. Czerwień. Przywodziła na myśl krew, przywodziła na myśl panikę i ten przerażający strach, to mdlące uczucie ściskające żołądek. Kiedy ostatnio tak patrzyła na wschód słońca? Pamiętała doskonale. Leżała wtedy na polanie, całą sobą odczuwając wszystkie rany, koncentrując uwagę na każdym najmniejszym siniaku. Wspominała wykrzywione usta Itachiego, jego chłodne, bezdenne oczy. A teraz taki wschód tutaj, w Konoha…
Wszystkie słowa wracały. Odbijały się echem w głowie i nie miały dokąd pobiec, a Miariko, tym razem już zupełnie Yoshitomi Miariko, zaciskała dłoń na parapecie. Palce jej posiniały, wargę przegryzła do krwi i teraz usta wypełnił metaliczny posmak. Otworzyła oczy jeszcze szerzej, gdy nagle wyraźnie usłyszała własny wrzask przerażenia na widok martwych ciał. Pusta uliczka. Zbite lampiony. Zakręt. Drugi, kolejny. Krzyk Sasuke i stukot butów, urywany oddech, przeskakiwanie przez trupy znajomych, przez trupy ludzi, z którymi niedawno rozmawiała, którzy zapraszali na herbatę… „Musisz go zabić”. Szepty, niedokończone myśli, pościg, walka, chakra, przerażająca chakra i ciemność, głucha ciemność gdy Miariko już nie widzi czerwonych promieni, a karmazynową krew spływającą po dachach wioski. Gdzieś w tle odzywa się Lider, pojawia się mechaniczny książę i jego papierowa niebieska królewna. Miariko boi się zamknąć oczu, boi się puścić parapetu, a jedna myśl zarysowuje się wyraźniej od innych:
- Oszalałam.
***
Mijały godziny. Mijały godziny, a Miariko siedziała nieruchomo przy oknie i wpatrywała się w miejsce, gdzie rano rozlewały się promienie słońca. Właściwie, dlaczego zostawiła Itachiego? Do tej pory nie czuła nic. Dosłownie: wypełniała ją pustka i poczucie zupełnej bezkarności, otaczała ją świadomość wolności, ale wolności zmieszanej z samotnością i złością na samą siebie. Więc dlaczego go zostawiła? Wtedy, gdy powiedziała „Zabiję go”, właściwie kierowała się emocjami. Była wściekła. Była przerażona.
Była sama.
To on ją zostawił. Zabił Shisuiego – jak mógł?! – i odszedł. Do Madary. Do Miyoshi. A ona? Ona poszła za nim, drepcząc rudowłosej Widzącej po piętach i skrycie chcąc ratować mu życie, skrycie chcąc pomagać mu w każdej chwili. Znalazła Deidarę, roześmianego artystę szaleńca, który zabierał ją w podniebne podróże, który uciekał z nią między chmury. Ile razy marzyła o tym, żeby tak spaść z glinianego ptaka i roztrzaskać się na kawałki, ile razy chciała zniknąć raz na zawsze…
Puk.
Zamknęła oczy, nie chciała słyszeć. Zniknąć, roztrzaskać się najpierw o korony drzew, potem o kamienie, potem o ziemię.
Puk.
Zacisnęła zęby, nie otworzy. Zamienić się w kałużę krwi i być tylko miazgą Widzącej.
- Miariko-sama, wiemy że tam jesteś!
Już nigdy nie mieć wizji.
Skoro wiedzą, otworzy. Szlag by te dzieciaki trafił. Cholera.
- Czego chcecie? – Ponure spojrzenie Yoshitomi mogłoby przycisnąć do gleby niejednego członka Akatsuki, ale Naruto nie dał po sobie poznać, że w ogóle zauważył minę kunoichi. Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i klasnął w dłonie, jakby głowa Miariko nie bolała dostatecznie mocno i trzeba było robić dodatkowy hałas.
- Idziemy szukać Sasuke!
Otworzyła szeroko oczy, wpatrując się w pełne nadziei oczy Naruto, a później Sakury. W pierwszym odruchu chciała odprawić ich oburzonym prychnięciem i kazać dzieciakom zająć się zabawą, ale nagle przypomniała sobie głośny śmiech Shisuiego. Właściwie, ona też go szukała. Szukała go, żeby znaleźć trupa, żeby widzieć go później w każdym śnie i nigdy nie zapomnieć, ale na ich miejscu… A mały Sasuke? Mały, zapłakany Sasuke? Przecież chciałaby go zobaczyć.
Chwilę milczała, lustrując ich uważnym spojrzeniem.
- Pięć minut – rzuciła, zanim zatrzasnęła za sobą drzwi.
Pięć minut później stała gotowa do drogi z torbą podróżną przerzuconą przez ramię. I nieco rozczochranymi włosami, bo nie zdążyła zająć się fryzurą.
Wyszli główną bramą. Miariko czuła się dziwnie, ciągnąc za sobą dwójkę tak młodych shinobi i po raz kolejny udając się na misję związaną z Wioską Liścia. W końcu minęło tak wiele lat, odkąd Hokage wydał jakieś polecenie, a ona postanowiła je wypełnić… Chciałaby powiedzieć, że była szczęśliwa, ale nie potrafiła nazwać tego dziwnego uczucia. Bała się? Coś ściskało ją w żołądku i równocześnie rozsadzało od środka, przywodziło na myśl euforię, ale na pewno nią nie było. Shinobi. Znowu była kunoichi, a nie przeklętą Widzącą. Była kunoichi, która siekała kataną i używała zwykłych jutsu, a nie monstrum, które pozbawiało przeciwnika rozumu i czerpało chakrę od Kyuubiego.
- Miariko-san, dokąd idziemy? – Naruto zrównał z nią kroku i wlepił błękitne oczy w nową przewodniczkę.
Westchnęła. Sama nie wiedziała, czy nie lepiej było zostawić chłopca w wiosce. Nie minie kilka dni, a Lider dowie się o opuszczeniu Liścia przez nią i małego. Zaczną ich ścigać, ba, pojawią się zapewne w kilka osób, a wtedy… co wtedy? Błękitne oczy patrzyły na nią z dziecinnym, bezkresnym zaufaniem, a pomimo już nie tak dziecinnego wyglądu chłopiec cały czas był niedoświadczony. Yoshitomi wątpiła, żeby chociaż raz poznał znaczenie słowa „zamordować”. On zabijał, on wygrywał, on pokonywał, ale nie mordował. A ona? Ona mordowała. Wypruwała ofiarom flaki i zostawiała resztki dla zwierząt, była bezwzględna i okrutna, w swoich wizjach oglądała konających w spazmach i dławiących się krwią rodziny. Pozbywała się emocji, a on tymi emocjami aż tryskał.
- Dokąd idziemy? – powtórzył pytanie, starając się spojrzeć w oczy Yoshitomi.
Skrzywiła się, odpowiadając beznamiętnym spojrzeniem.
- Przed siebie, Naruto. Nie zawracaj mi głowy.
Prychnął oburzony i skrzyżował ręce na piersiach.
- „Nie zawracaj mi głowy”! Jesteśmy drużyną, senpaaaaaai!
Nienawidziła przeciągania którejkolwiek sylaby lub litery w słowie „senpai”. Tobi robił tak zawsze, gdy chciał kogoś doprowadzić do szału, a Tobi kojarzył się z Madarą. Kojarzył się z kłamstwem i udawaniem, kojarzył się z bólem i płaczem podczas treningów.
- Powiedziałam, żebyś się zamknął. Zawsze mogę cię tu zostawić, a wtedy Akatsuki dorwie was w kilka sekund – burknęła, nie za bardzo pilnując własnego języka.
Sakura momentalnie włączyła się do rozmowy i znalazła się pomiędzy chłopcem, a Widzącą. Nagle wydała się Miariko jakąś inteligentniejszą parodią Norie.
- Akatsuki? Miariko-sama, masz sposoby ochrony przed nimi?
Zamrugała. Kilkakrotnie musiała powtórzyć słowa dziewczyny, a dopiero później zrozumiała. No, tak. Dla nich Akatsuki było uosobieniem zła, dla nich członkowie Brzasku byli potworami, przed którymi należy uciekać. A dla niej? Sama przecież robiła te rzeczy, które oni robią, w porównaniu do takiego Deidary była na pewno o wiele bardziej okrutna i bezlitosna, niż Sakura czy Naruto mogli podejrzewać.
- Sposoby? – westchnęła i odwróciła wzrok. – Jestem Widzącą, dziecko. Pierwszy sposób to ich nie spotkać. Drugi to sprać im tyłki, gdy wejdą w drogę.
- I tak ma być! – Rozochocony Naruto klasnął w dłonie i podskoczył do góry. – Takich przywódców chcę mieć! Skopać tyłki, a nie jakieś „wycofać się, uciekać, ostrożnie”…
Mimowolnie się uśmiechnęła. Duch Kyuubiego, nie ma co.
- Wiesz, Naruto. Tyłek można skopać komuś tylko wtedy, gdy jest się pewnym zwycięstwa.
- A ty jesteś, Miariko-sama? – Sakura nie była tak optymistyczna, jak jej przyjaciel. Przyglądała się Widzącej z dostrzegalnym niepokojem i wyraźnie martwiło ją zachowanie Naruto.
Yoshitomi kopnęła leżący na drodze kamień i przez dłuższą chwilę milczała.
- Niczego nie jestem pewna – odparła w końcu, ale widząc ich blednące miny, zmusiła się do kolejnego uśmiechu. – Ale szybko nie dam się pokonać, o to głowa spokojna.
Odpowiedzieli jej radosnymi uśmiechami. A Miariko pierwszy raz w życiu zrozumiała, że prowadzenie drużyny naprawdę jest genialne.
***
- Mangekyo Sharingan. – Upiorny szept zmieszał się z wiatrem i przez chwilę odbijał się echem w umyśle skamieniałych ze strachu shinobi.
Oddział siódmy z Konohy akurat patrolował las. Miał za zadanie poinformować dowództwo o jakichkolwiek znakach obecności Akatsuki, ale od dobrych kilku godzin nic się nie działo. A gdy zaczęło się dziać, to jest najpierw zrobiło się jakoś zimno, potem lodowata mgła spowiła całą siedzibę, a chwilę później nie mieli już czasu na jakiekolwiek „dawanie znać”. Przed przerażonymi strażnikami stały dwie postaci – dwóch mężczyzn – w czarnych płaszczach ozdabianych czerwonymi chmurami. Symbol Akatsuki, krwawego Brzasku.
Nie bolało. Gdy spojrzał w czerwone oczy Uchihy Itachiego, tak, wiedział, że to właśnie ten mężczyzna, świat po prostu przestał być. Genjutsu wydawało się po prostu istnieć, wypełzać z najodleglejszych części świadomości. Patrzył na swoje wspomnienia, patrzył na samego siebie, a potem…
- Gdzie Uzumaki Naruto? – Uchiha miał głęboki, beznamiętny głos. Jego twarz zastygła w bezruchu, wydawał się zapomnieć o oddychaniu. Czerwone oczy…
- Nie wiem!
Czy był sens kłamać? Jakieś resztki honoru kazały mu zaprzeczyć, ale przecież z drugim uderzeniem już nic nie będzie takie proste, już nie uda mu się uciec przed pomarańczowym niebem…
- Ta katana może odcinać twoją dłoń przez siedemdziesiąt godzin, zanim zupełnie stracisz kończynę – oświadczył spokojnie Uchiha, powoli podnosząc broń. Shinobi obserwował, jak ostrze katany zbliża się do nadgarstka. Wrzasnął, gdy kapnęły pierwsze kropelki krwi. – Obiecuję ci, że nie zdążysz się wykrwawić.
Bał się. Tak bardzo się bał. Dlaczego musiał trafić na członków Brzasku?! Miał żonę, na Amaterasu, on miał dzieci! Chciał wychować je na uczciwych shinobi, chciał nauczyć jak postępować według kodeksu, widzieć ich pierwsze dni w Akademii…
- Ja mam czas.
Nie wiedział, czy Uchiha to powiedział, czy słowa po prostu dotarły do oszalałej z przerażenia świadomości. Podniósł oczy na sylwetkę oprawcy. Jak taki potwór może istnieć?!
- Yoshitomi. Yoshitomi go zabrała – wyjęczał w końcu.
W momencie, w którym twarz Itachiego ściągnął gniew, był pewien swojej śmierci. Patrzył, jak shinobi mruży lekko oczy i ostentacyjnie mierzy kataną w serce.
- Możesz umrzeć szybko – syknął i zadał śmiertelny cios.
I pomyśleć, że Yoshitomi-san wydawała się taka miła, gdy widział ją w sklepie… Ona też tak zginie, w kałuży własnej krwi?
Kisame przyglądał się Itachiemu ze stoickim spokojem. Odsłonił lekko kły i czekał na rozkaz dowódcy, który wpatrywał się w zwłoki pokonanego shinobi. Ciało osunęło się pod stopy Uchihy, a ten cały czas trwał w bezruchu i nad czymś się zastanawiał.
- Itachi-san? – ponaglił partnera i zrobił kilka kroków w jego kierunku. – Dowiedziałeś się czegoś?
W oczach Uchihy zabłyszczał Sharingan, gdy odwrócił się powoli w stronę kolegi.
- Yoshitomi ma Uzumakiego.
Kisame musiał przyznać, że gdy padało nazwisko lub imię Miariko, Itachi zaczynał być naprawdę przerażający. I całkowicie nieopanowany, w porównaniu do swojego codziennego, stoickiego spokoju.
***
Wyczuła jego obecność znacznie wcześniej, jeszcze zanim cokolwiek im zagrażało. Aż za dobrze znała tę chakrę, a mimo tego… Jak wiele lat minęło, odkąd ostatnio go widziała? Odkąd ostatni raz…
- Naruto. – Złapała chłopca za ramię i odwróciła brutalnie w swoją stronę. – Za jakieś pół godziny dojdziemy do pewnego domu. Wejdziesz z Sakurą do środka, potem pójdziesz do kuchni. Tam, po lewej stronie za piecem, będzie pozornie szklana klapa w podłodze. Zejdziecie we dwójkę do piwnicy. I nie wyjdziecie z niej, dopóki po was nie przyjdę. Nikomu nie otwierajcie, choćby wyglądał i mówił jak ja, choćbym to była ja błagająca o litość i wpuszczenie mnie tam. Rozumiesz? Choćbyś widział, jak krwawię i jak wypruwają mi flaki, za żadną cholerę nie wolno ci podnieść tej klapy i wpuścić kogokolwiek do środka. Dopóki zamkniesz ją na wszystkie dostępne tam zamki, jesteście bezpieczni.
- Senpai? Ale jak to…
- Nie myśl – przerwała mu i popchnęła do przodu. – A teraz idź. I zapamiętaj, że to jest twoja ważna misja. Jeśli wyjdziesz, to ja cię zabiję, a nie przeciwnik. I uwierz mi, że nie będę się wahała mając do wyboru obronę Kraju Ognia a ratowanie twojego życia.
Sakura słuchała tego wszystkiego w milczeniu i nagle zrozumiała, że Miariko jest naprawdę przerażająca. To, jak bezwzględnie wyjaśniła zasady, jak prosto powiedziała, że ich życie nie ma dla niej żadnej wartości… Nawet Naruto był przestraszony i łypał na Yoshitomi z niezadowoleniem.
- Akatsuki idzie? – zapytała cicho Haruno, podchodząc do Widzącej jak najbliżej.
- Tak. A dokładnie Hoshigaki Kisame i Uchiha Itachi.
Przez chwilę milczeli. Naruto cały czas bał się odezwać po słowach Miariko, a Sakura nad czymś myślała. Wreszcie odwróciła wzrok i powoli zadała pytanie.
- Miariko-sama… Czy ty… czy… - zająknęła się i wreszcie zdobyła na odwagę. – Czy ty znałaś Itachiego?
Żółte oczy Yoshitomi przez dłuższą chwilę świdrowały Sakurę. Czy ona go znała? Była jego przyjaciółką. Była jego dziewczyną, była jego narzeczoną i gdyby tylko poprosił oddałaby mu wszystko, co miała, ale czy go znała? Nie wiedziała. Czasem wydawało jej się, że wiedziała o planach zabicia klanu, że to nie była niespodzianka, a czasem wszystko przypominało zły sen. Czy znała Itachiego?
- Nie, Sakura. Nie znałam go i nie znam.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Ale… Miariko-sama… - Dziewczyna najwyraźniej nie potrafiła zadać docelowego pytania i nie wiedziała, jak wyciągnąć od Widzącej informacje. Pomógł jej Naruto.
- Babcia Tsunade mówi, że z nim sypiałaś.
Miariko parsknęła śmiechem.
- Taaaak? A to ciekawe. Skoro nie pamiętam, było aż tak źle czy aż tak dobrze?
Chłopak zmieszał się lekko, ale kontynuował.
- Skąd mamy wiedzieć, że nas nie zabijesz? Że nie jesteś z nimi?
Zmrużyła żółte oczy i poczochrała go po blond włosach.
- Bo Tsunade użyła czasu przeszłego.
Kisame usiadł wygodnie na kamieniu i dłuższą chwilę dłubał patykiem w ziemi. Stojący obok Itachi zapatrzył się w szarawe niebo i nie odzywał od dobrych kilku minut. Wreszcie Kisame odsłonił swe rekinie zęby, pozostałość bo którymś z dalszych krewnych, i łypnął na towarzysza.
- To idziesz ją dorwać?
Odpowiedziało mu lodowate spojrzenie czerwonych oczu.
- Zostań tu. Nie próbuj ingerować.
Śmiech rekina bardziej przypominał szczeknięcie psa, niż ludzki odruch.
- Nie lubię trójkątów.
Uchiha nie skomentował, po prostu zniknął w chmurze czarnych ptaków. Chakra Itachiego zabujała koronami drzew i trawą. Kisame wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. Ta sytuacja zawsze go bawiła.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

wtorek, 21.października.2008, 22:59
Tym razem na czas :)


Zatrzymała się dopiero na polanie treningowej. I o ile wioska wydawała się po prostu znajoma, tak to miejsce, aż przesiąknięte ich wspólną przeszłością, naprawdę bolało. Stała nieruchomo, przypominając porcelanową figurkę wystawioną na wiatr, mróz i deszcz. Jej twarz zastygła w wyrazie przypominającym zaskoczenie i rozpacz, usta wykrzywiał jakiś dziwny grymas. Pamiętała wszystkie treningi, wszystkie kłótnie, wszystkie wspólne momenty… Ich pierwszy trening, pierwsze spotkanie drużyny, moment, w którym poznali Kakashiego… Westchnęła i nieco przymknęła oczy. Usłyszała czyjeś kroki, ale nie zadała sobie trudu odwrócenia się. Niech dadzą jej spokój. Wróciła wczoraj, musi odpocząć, musi złapać powietrze…
- Wiedziałem, że cię tu znajdę.
Czuła, jak robi jej się zimno na dźwięk tak znajomego głosu. Nie bała się, nie obawiała się przegranej w ewentualnej walce, ale… Wspomnienia zaczęły przewijać się przed oczami niczym klatki filmowe, a ona, ledwo pamiętając o oddychaniu, z trudem utrzymywała obojętny wyraz twarzy.
- Kazunaro-kun? – Odwróciła się do niego przez ramię. Czuła, jak dotąd spokojne i niczym niewzruszone serce zaczyna uderzać trochę szybciej. Biały makijaż był teraz ostatnią deską ratunku, chociaż była pewna, że oczy mówią mu o wiele za dużo.
Drgnął na widok jej białej twarzy i czerwonych ust, ale podszedł bliżej. Chwilę milczał, rozglądając się po polanie.
Zmienił się. Dorósł, zrobił się bardziej poważny. Widziała na jego twarzy zmęczenie, w oczach tak typowy dla wszystkich shinobi smutek. Chociaż, musiała przyznać, i tak był prawdopodobnie jedną z najbardziej optymistycznych osób, jakie ostatnio widziała. Uśmiechnął się, a ona przez dłuższą chwilę kontemplowała szczery uśmiech dawnego kolegi z drużyny. Jak wiele czasu minęło, odkąd ktoś uśmiechał się do niej szczerze? Czy Pein kiedykolwiek to zrobił? A Deidara? Deidara uśmiechał się cały czas, ale czy szczerze… Odwróciła wzrok. Pierwszy raz czuła się przegrana, pierwszy raz wstydziła się tej pustki we własnych oczach. Pierwszy raz tego dnia zapragnęła znowu pokazać swoją ludzką stronę – ale nagle odkryła, że nie umie.
- Nie przywitałaś się. Gdy wczoraj dowiedzieliśmy się o twoim powrocie, myśleliśmy że to żart. Norie pobiegła cię szukać, ale nikt nie wiedział, gdzie mieszkasz…
Nie potrafiła ukryć zaskoczenia. Nie spodziewała się, że ktokolwiek może chcieć ją zobaczyć. Odeszła bez słowa pożegnania, bez żadnego wyjaśnienia. Zniknęła wraz z Itachim, a Miyoshi usprawiedliwiła ją przed Hokage „silnym wstrząsem emocjonalnym”. Wątpiła jednak, żeby jej przyjaciołom to wystarczyło.
- Ja… - zaczęła, pierwszy raz od pewnego czasu nie wiedząc, co powiedzieć.
- Myślałaś, że nie chcemy cię widzieć? – prychnął i pokręcił głową. – Nonsens. Oczywiście, że chcemy. Norie pewnie poryczy się ze szczęścia, gdy cię zobaczy. Zresztą, ja też się martwiłem.
Po słowach chłopaka, a właściwie mężczyzny, jak ponuro stwierdziła, zapadła cisza. Miariko pomyślała o nich może kilka razy przez te wszystkie lata. Jej zmartwienia dotyczyły Itachiego, Shisuiego, Sasuke, ale nie Norie lub Kazunaro. To, że oni ciągle o niej pamiętali, wydawało się kunoichi skrajnym absurdem.
- Dlaczego? – zapytała wreszcie z niedowierzaniem.
- Byliśmy razem w drużynie – odparł niemal równie zdumiony, jak ona.
Ta różnica poglądów, różnica wynikająca z przyznawania emocjom miejsca w otaczającym ich świecie, wydawała się Miariko czymś szokującym. Jak można pamiętać o kimś tylko ze względu na dzieciństwo? Dla niej to nie miało znaczenia. Wyrzuciła ich, zapomniała, wcisnęła do szufladki, której nigdy nie otwierała. A on? Nagle poczuła ukłucie niepokoju, nieufnie na niego łypnęła. Mógł kłamać. Mógł być informatorem Hokage, mógł ją śledzić i chcieć dowiedzieć się jak najwięcej…
- To co? – zagadnął, przerywając milczenie. – Wpadniesz do nas dzisiaj wieczorem?
Zamrugała, zapominając o wcześniejszych wątpliwościach.
- Do was? – wyrwało się jej, zanim zdążyła pomyśleć.
Kazunaro zmieszał się nieco i z zakłopotaniem potarł dłonią potylicę.
- Eee… No, tak. W sumie, to mieszkamy z Norie razem – mruknął.
Zmiany, które przecież były nieuniknione, a których starała się dotąd nie zauważać, nagle wymierzyły jej siarczystego policzka. Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem, zupełnie zapominając o udawaniu obojętnej i niedostępnej.
- Ale… wy chyba nie… Jesteście małżeństwem?! – wydusiła z siebie wreszcie, niezbyt potrafiąc w to wszystko uwierzyć. Spodziewała się jakiś ciekawych opowieści, ale takich wieści… Równie dobrze mogliby jej powiedzieć, że Sasuke mieszka w wiosce i zakłada rodzinę, prawdopodobnie byłaby tak samo zdziwiona.
Kazunaro zarumienił się lekko i odkaszlnął.
- Jakoś tak wyszło – stwierdził w końcu.
- Aha – odparła głupio, ciągle nie odrywając od niego wzroku.
Nagle parsknęli śmiechem, gdy zrozumieli, że chłopak właśnie stwierdził iż „z małżeństwem to tak jakoś wyszło”, a ona zareagowała na to niezwykle wylewnym „aha”. Zreflektowała się szybko i klepnęła go w ramię. Przez chwilę znowu czuła się dawną Yoshitomi, a oziębła Natsumo zniknęła gdzieś w kątach umysłu.
- Gratulacje! Chyba powinnam złożyć je na samym początku… - pokręciła z rozbawieniem głową i uśmiechnęła się do niego pogodnie. – W takim razie wpadnę. Daj adres i godzinę.
Chwilę później wcisnął jej karteczkę z potrzebnymi danymi i pożegnał się, tłumacząc koniecznością przygotowania kolacji. Uśmiechnęła się raz jeszcze i też odeszła, rzucając ostatnie spojrzenie polanie treningowej. Tym razem gdy patrzyła na własne odbicie widziała Miariko. Małą, przebraną za gejszę Miariko, która wróciła z bardzo długiej misji do domu. I chociaż wiedziała, że Pein nie byłby zadowolony, ona była. Chociaż na chwilę chciała poczuć się człowiekiem. Przecież jeszcze nie utraciła wszystkiego, nie była Miyoshi.
***
Kakashi stanął koło Kazunaro, który przyglądał się wystawie sklepowej. Szarowłosy ninja uśmiechnął się do kolegi przez maskę.
- Dobrze ci poszło. Śmiała się.
Chłopak spojrzał na niego ponuro i skinął głową.
- Śmiała się. Potem. Na początku prawie jej nie poznałem.
- Fakt – przyznał, ostrożnie przytakując głową. – Zmieniła się nieco.
- Nieco? – prychnął Kazunaro. – Daj spokój. Ledwo mogłem na nią patrzeć. Potwór! Widziałeś ten makijaż?! Te oczy?! Puste, bez nadziei, bez nienawiści, bez jakichkolwiek uczuć. Może tylko żalu trochę.
- Aż trochę żalu – poprawił go stanowczo. – Czego więcej oczekiwałeś? Pamiętasz Miyoshi. Mógłbyś na jej oczach wypruć komuś flaki, a pewnie nawet by się nie spojrzała. Albo powiedziała, że zrobiłeś to mało profesjonalnie.
Kazunaro westchnął i z zakłopotaniem przeczesał palcami brązowe włosy.
- Nie mam pojęcia, co robić. Norie jej ufa, bardzo chce ją zobaczyć, a ja… - zawahał się, unikając spojrzenia Kakashiego. – Ja nie wiem. Nie było jej tak długo, wróciła obca, zmieniona… Nawet tej dawnej Miariko czasem się bałem, nadal pamiętam. A ta? Co z Itachim? Wiemy przecież, że jest w Akatsuki. A jeśli ona też?
Zapadło kłopotliwe milczenie, ale już po chwili Hatake poklepał go po ramieniu.
- Miariko w Akatsuki? Daj spokój – prychnął. – Po prostu się zmieniła. Każdy z nas by się zmienił. Ale pamiętaj, że poczynania Widzącej kontrolował Hokage. Nie myśl, że jej nie śledził. Ona i Miariko po prostu trenowały, to wszystko.
Pokiwał głową i uśmiechnął się z powątpiewaniem. Naprawdę chciał, żeby Hatake miał rację. Mimo wszystko lubił Miariko, a gdy odeszła chciał jej szukać… tak samo zresztą Norie. Oboje tęsknili za uśmiechem czarnowłosej dziewczynki. A teraz ta dziewczynka… Cóż, nie była już dziewczynką.
***
Stawiła się o umówionej godzinie pod drzwiami dawnej przyjaciółki. Ciągle z makijażem gejszy, który jednak nie wydawał jej się aż tak zły, ale za to w o wiele bardziej optymistycznym kimonie. Broń zostawiła w domu, a teraz, stojąc w progu i zerkając kątem oka na własne odbicie w szybie, nie potrafiła się nie uśmiechnąć.
Czarne włosy rozpuściła i pozwoliła im miękko opadać na ramiona. Proste, miejscami lekko pofalowane lśniły czernią, a żółte oczy, wyzierając zza białej maski, uważnie lustrowały otoczenie. Miała na sobie jedno ze swoich ulubionych kimon – w kolorze głębokiej purpury ze srebrnymi gwiazdami i trawami u dołu i na rękawach. Musiała przyznać, że ubrała się może zbyt bogato, może pozwoliła sobie na za wiele przepychu – ale nie potrafiła się powstrzymać. Przywykła do balów, na które zabierała je Miyoshi, a te odznaczały się naprawdę oszołamiającymi strojami. W cieniu niektórych arystokratek Miariko wyglądała jak żebraczka z ulicy. Zresztą, co tu dużo mówić. Ona była kunoichi, która od małego biegała z kataną, a one elitą, która od małego uczyła się ceremonii picia herbaty.
- Mia? – Drżący głos Norie wyrwał dziewczynę z zamyślenia.
Różowe włosy były o wiele krótsze, niż gdy ostatni raz ją widziała. Oczy, zielone i żywe, przyglądały jej się z błyszczącymi w kącikach łzami, a usta drżały niebezpiecznie. Twarz miała o wiele smuklejszą, niż ostatnim razem a i na pewno wyładniała – nabrała jakiejś gracji i wdzięku, o które wcześniej nikt jej nie posądzał. Miariko odnotowała sylwetkę zupełnie nietypową dla shinobi i szybko wywnioskowała, że w takim razie Norie na pewno nie wróciła na drogę kunoichi.
- Norie. – Uśmiechnęła się, ale nie drgnęła z miejsca. Niezbyt wiedziała, co powinna zrobić w takiej sytuacji. Rzucić się dziewczynie na szyję, wyściskać, wycałować…?
- Mia! – Tym razem dziewczyna krzyknęła i równocześnie skoczyła jej na szyję. Wisząc na oniemiałej Yoshitomi i mocno ją ściskając, zaczęła bez ładu i składu trajkotać, jak bardzo cieszy się na jej widok.
Miariko odpowiedziała spokojnym uśmiechem. Norie zmieniła się tylko z wyglądu.
***
Czarnowłosa dziewczyna zerknęła na siedzącego obok blondyna. Chłopak nie odzywał się od dobrych kilku minut, co w jego przypadku było niemal równoznaczne ze śmiertelną chorobą. Milczał, wpatrując się w szarawe niebo i bezmyślnie bawiąc się kawałkiem gliny. Odłożyła pędzel, którym jeszcze przed chwilą malowała krajobraz i spojrzała na niego z wyraźnym zniecierpliwieniem na twarzy.
- Deidara-kun? – zapytała delikatnie.
Nie odezwał się, nawet na nią nie spojrzał. Wydawał się w ogóle nie słyszeć.
- Deidara! – uniosła lekko głos i zmarszczyła brwi.
Podskoczył, szybko odwracając w jej stronę głowę. Uśmiechnął się lekko, ale z wyraźnym wysiłkiem.
- Tak, Keiko-san?
- Nie mów tak do mnie – skrzywiła się, ale nie oderwała od niego badawczego spojrzenia. – Nic nie mówisz.
Udał zdumionego.
- A co mam mówić? Niebo ma bardzo… artystyczny… charakter dzisiaj – dodał powoli i znowu odwrócił wzrok.
Ledwo potrafiła ukryć zdenerwowanie, gdy przyglądała się zamyślonemu artyście. Ignorował ją! Jak on śmiał, jak śmiał ignorować ją w tak oczywisty sposób, z tak oczywistego powodu…
- Myślisz o niej - powiedziała nagle z wyrzutem.
Nie obejrzał się.
- O kim niby? – Źle udawana obojętność tylko bardziej ją rozzłościła, wywołując grymas i oburzone prychnięcie.
- O Yoshitomi! O tej złośliwej zdzirze, która przewraca ci w głowie! – wrzasnęła, teraz już zupełnie nie patrząc na płótno. Machnęła dłonią, która świsnęła niebezpiecznie blisko sztalugi.
Zerknął na nią bez większego zainteresowania.
- Może trochę – przyznał spokojnie i ponownie odwrócił wzrok. – A czy to ma znaczenie? Natsumo-san ma misję. Powinienem to szanować i nie przeszkadzać.
Wściekła rzuciła kilka epitetów pod adresem Yoshitomi i odmaszerowała, zostawiając artystę samego. Chłopak westchnął głęboko i znowu zatrzymał wzrok na zachmurzonym niebie.
Tak, myślał o niej. Myślał o niej gdy rano wysypał trzy łyżeczki cukru na podłogę zamiast do filiżanki herbaty, myślał o niej gdy niemal wlazł w drzewo podczas spaceru po lesie. Nie potrafił nie martwić się o Miariko, która po prostu oświadczyła, że jedzie do Konoha. Nie wiedział, czy to jakaś kolejna misja, czy może po prostu zachcianka młodej Widzącej, ale nawet jeśli zachcianka… Przecież oni ją tam zabiją! Jeśli dowiedzą się, że utrzymywała kontakty z Brzaskiem, Yoshitomi będzie musiała walczyć. A przecież nie może walczyć przeciwko całej wiosce! Westchnął i z zakłopotaniem przeczesał włosy palcami. Swoją drogą, dziewczyna była naprawdę dobrą kunoichi. Trenowana przez Miyoshi wydawała się być niemal nieśmiertelna, zresztą kto wie, jakie zioła pijała. A on? On był artystą. I do tego zaniedbywał Keiko, swoją przyjaciółkę z dzieciństwa. Nie powinien był przyznawać się do martwienia się o Miariko.
- Trzeba będzie przeprosić – mruknął zrezygnowany i zawiesił spojrzenie na niedokończonym obrazie.
***
- I nie uwierzysz, co dalej! – śmiała się Norie, energicznie klepiąc dziewczynę w kolano i starając się złapać oddech. – Podoba jej się Iruka!
Miariko zaśmiała się krótko i kątem oka zerknęła na śmiejącego się Kazunaro. Albo zidiociał żyjąc z Norie, albo był naprawdę perfekcyjnym aktorem. Już dawno przestała nadążać, komu właściwie biedny Iruka się podoba, ale nie zamierzała pytać. Właściwie, już nawet nie pamiętała, po co udała się do przyjaciół. Przecież nigdy nie mieli dobrego kontaktu, a zwłaszcza teraz… Mimo tego, starała się ukryć irytację.
- A jak tam Tsunade ogarnia sytuację?
- Dobrze – mruknęła Haruno, marszcząc lekko brwi i z niezadowoleniem odnotowując zmianę tematu na bardziej poważny i wymagający koncentracji. – Co prawda jest bardzo nerwowa, ale stosunki z Suną nie układają się źle… Mamy kontrolę.
- Czy ja wiem – przerwał jej Kazunaro. – Hokage jest dobrym przywódcą, ale wiesz, Mia, kobieta jako szef…
- Szowinista! – prychnęła, chociaż musiała mu przyznać rację. Tsunade działała sercem, kierowała się emocjami. Była taka podatna, taka łatwa do manipulacji… Cóż, nie każdy jest w stanie osiągnąć perfekcję.
Norie nalała akurat kolejną kolejkę herbaty, gdy ktoś energicznie zapukał do drzwi. Spojrzeli po sobie zdumieni, był późny wieczór.
- Spodziewacie się gości? – Dłoń Yoshitomi powoli odstawiła filiżankę, a kunoichi zmrużyła lekko oczy. Instynkt zabił na alarm, napięła wszystkie mięśnie. Miała przy sobie tylko dwa kunai, żadnej broni. Jak mogła być tak głupia?
Kazunaro zerknął na nią z politowaniem.
- Daj spokój, Mia. Tutaj atakowanie kogoś w domu nie jest codziennością.
Norie podniosła się, żeby otworzyć drzwi, ale Yoshitomi szybko złapała ją za nadgarstek.
- Kazunaro, ty otworzysz.
Spojrzeli na nią jakby była co najmniej nienormalna, ale po chwili posłusznie skinęli głowami. Miariko odliczała w myślach uderzenia zegara, gdy chłopak szedł do drzwi, a gdy sięgnął do klamki, była gotowa w każdej chwili rzucić Norie za kanapę i uchronić ją przed ewentualnym atakiem. Bądź co bądź, nie chciała żeby coś im się stało. A przecież mogli jej szukać. Mogli jej szukać członkowie Akatsuki, mogło szukać jej ANBU, mogli to być jacyś łowcy głów… Było wiele powodów. Drzwi nie skrzypnęły, otworzyły się bezszelestnie. Miariko niemal wstrzymała oddech – i po chwili wypuściła go z cichym świstem.
W progu stał Kakashi.
- Jo! – uśmiechnął się do wpatrującej się w niego kunoichi. – Pomyślałem, że wpadnę. Mogę?
Kazunaro i Norie posłali Miariko kpiące spojrzenia, a lekko zmieszana kunoichi odwróciła wzrok. Dopiero teraz dotarło do niej, że żyje w ciągłym stresie i strachu, wiecznie spanikowana pod maską stoickiego spokoju. Itachi też tak miał? Dlatego był taki spokojny, żeby ukryć panikę i strach na myśl o spotkaniu z Madarą? Może wszyscy tak mają? Może ten brak emocji to po prostu paraliżujący strach przed jutrem?
Z lekkim uśmieszkiem obserwowała, jak Kakashi siada przy stoliku i dziękuje Norie za herbatę. Zapytał o samopoczucie, odpowiedziała uprzejmym skinieniem głowy. Może naprawdę powinna bardziej się rozluźnić?
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

wtorek, 14.października.2008, 23:34
Nie było mnie znacznie dłużej, niż długo. I nawet nie powinnam przepraszać, bo samej zawsze mi się niedobrze robi, gdy ktoś olewa opowiadanie, a potem mówi "przepraszam", ale co innego mi zostało? Prawda - olałam. Pisałam kilka innych rzeczy, cały czas piszę pracę na olimpiadę, męczę się ze szkołą, ale, szczerze mówiąc, gdyby zlikwidować dni lenistwa i przespane do południa weekendy, zapewne notki pojawiałyby się regularnie.
Nie wiem, czy odzyskałam w pełni wenę do tego opowiadania, ale wiem że po przeczytaniu kilka zapomnianych fragmentów, znalezieniu rysunków i jakimś takim ogólnym ogarnięciu się, postanowiłam kontynuować. Moc ze mną ;)
Powiadomię jutro, łok? Śpiąca ja i zmęczona ja.
Pozdrawiam,
Wasza paskudna, leniwa, okropna Mya.

***



Wioska praktycznie się nie zmieniła. I właśnie to bolało Miariko najbardziej, bez względu na to, czy zioła wyciszały emocje, czy nie. Miyoshi ostrzegała, że to może być trudne, że należy unikać wykonywania takich misji, ale jakże tak? Ona, Miariko, miałaby się wycofać z zadania? Co z tego, że przyjęła je w stanie nietrzeźwym… Na samo wspomnienie pozwoliła sobie na cichy śmiech. Oj, będzie jej brakowało. Będzie jej brakowało tych wszystkich dni spędzonych z Miyoshi, sielanki, która ciągnęła się odkąd rudowłosa Kiyoko zabrała ją z Konohy. Bo czy można to nazwać inaczej? Owszem, los Widzącej, który przyjęła, był tragiczny. Owszem, budziła się w nocy z krzykiem i płaczem. Owszem, musiała łykać dziesięć tabletek dziennie, ale przecież nie miała źle. Pławiła się w luksusie, czas wolny spędzała z najlepszymi shinobi, odwiedzała festyny, znała przywódców wiosek i organizacji. I ją też znali, choć pod różnymi imionami.
Więc, właściwie, dlaczego jest tu dzisiaj, w Konoha?
Proste. Wieczność potrafi znudzić, a żeby monotonni uniknąć, trzeba podróżować. Trzeba zapewniać sobie rozrywkę, trzeba ryzykować, trzeba płakać i trzeba się śmiać. To, że przy okazji zdobędzie kilka potrzebnych informacji… to nic. Może nawet znajdzie Sasuke? Dla urozmaicenia czasu wolnego pobiega za nim po lasach i kryjówkach Orochimaru? W końcu nie musi się przejmować, że to jego brat. Że to Uchiha. Już jej nie zależy, ani trochę.
Bo nie zależy, prawda?
- Po co wróciłaś?
Kątem oka zerknęła na Kakashiego, który nagle zrównał z nią kroku. Skwitowała pytanie chłodnym uśmiechem, ale nie pofatygowała się odpowiedzieć. Przerwał jej rozmyślania, przerwał jej dobry humor, więc niech nie liczy na łaskę.
- Mam twoje klucze do mieszkania, musisz powiedzieć.
Znowu kpiący uśmieszek, Miariko przystanęła. Zmierzyła go spokojnym spojrzeniem żółtych oczu i przekręciła głowę. Jej pierwszy kapitan drużyny, którego naprawdę lubiła. Ile wtedy miał lat? Szesnaście, siedemnaście?
- Jesteś lepszy – oznajmiła niespodziewanie.
Głupia mina Kakashiego jasno mówiła, co myśli o takich wypowiedziach. Zamrugał odsłoniętym okiem, drugie chowało się za opaską.
- Co proszę?
- Jesteś lepszy, niż jak ostatnim razem cię widziałam. Nauczyłeś się – dodała, ciągle tym samym, niezmiennym głosem.
W głowie mężczyzny przesuwały się kolejne pytania, gdy szukał w obecnej Miariko jakiegoś podobieństwa do kunoichi, którą znał. Nijak potrafił sobie na nie odpowiedzieć, wpatrywał się więc w nią z niedowierzaniem. Aż tak się zmieniła? Aż tak w ciągu tych… siedmiu lat? Aż tak?
- To źle? – zapytał wreszcie, nie znajdując lepszego pytania i widząc, że dziewczyna nie zamierza się odezwać. Czuł się jak dziecko, znowu jak jej senpai, gdy zabierał całą grupkę na misje… Brakowało mu, naprawdę brakowało tej trójki: Yoshitomi i dwóch kuzynów z klanu Uchiha. Najlepsza drużyna, która rozpadła się w najbardziej spektakularny sposób.
- Bo ja wiem. – Wzruszyła ramionami i ruszyła przed siebie. – Gdybym musiała cię zabić, to źle – dodała po namyśle, ciągle idąc.
Dogonił ją i zerknął na bladą, nieruchomą twarz.
- A musisz to robić?
Odpowiedziała mu obojętnym spojrzeniem, po czym zwróciła uwagę na jakiegoś płaczącego chłopca. Coś w jej oczach podpowiedziało mu, że wcale dziecku nie współczuje.
- Yoshitomi, mogę o coś zapytać? – Wcisnął dłonie w kieszenie, a nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował. – Na którym zakręcie zgubiłaś Miariko?
Wydawało mu się, że zamrugała nerwowo, a może po prostu zadrgał jej policzek. Spojrzała na niego ponuro, tym razem pozwalając sobie na przebłysk żalu. Był pewien, że zaraz zaprzeczy, że powie, że jest sobą, a tymczasem ona uśmiechnęła się do niego gorzko i pokręciła głową.
- Nie wiem, Hatake. – Nastała chwilę ciszy, podczas której wsłuchiwali się w odgłos butów i obserwowali piach skrzypiący pod podeszwami. Siedem lat… Na początku traktował to niepoważnie, ot, wróciła Mia, może dowie się czegoś o Itachim, o misjach. W końcu wioskę opuszczała… no, półlegalnie. A teraz? Siedem lat wieczności. – Dostanę te klucze?
Bez słowa pokiwał głową. Tym razem się nie uśmiechnęła.
Mieszkanie było małe, wcale nie ładne i wcale nie duże. Ot, zwykłe mieszkanko zwykłego shinobi, ba, zwykłego człowieka. Urażona duma Miariko wołała o pomstę do nieba. I tak, idąc w ślady swojej sensei, pierwsze kroki skierowała w stronę sklepów.
- No, dobrze… W sumie, to potrzebuję łóżka i nowych kotar, i nowej kapy w gruncie rzeczy też… O, ta komoda też będzie dobra, a tamta toaletka naprawdę świetnie pasuje, prawda? – wyliczała, wskazując palcem kolejne pozycje. – I… ten dywan! Taki miękki, naprawdę, jest świetny. Skąd go pani sprowadziła? Szukałam w Kraju Fal, nie mieli takich, jakieś nędzne dywaniczki…
Sprzedawczyni szybko notowała kolejne uwagi i zachcianki klientki, a ta biegała od lewej do prawej, raz zmieniając zamówienie, a raz po prostu je powiększając. I o tej kobiecie mówiono, że jest dziwna? Że nieludzka? W chwili obecnej, pomimo tysiąca plotek, Yoshitomi Miariko wydawała się sprzedawczyni najwspanialszą osobą na świecie, a do tego osobą obrzydliwie bogatą.
- A może zna pani kogoś, kto sprzeda mieszkanie? – zakończyła wesoło dziewczyna, przeglądając się w wybranym lustrze.
- Nie wiem, proszę pani – odparła tamta natychmiast. – Ale teraz ceny są wysokie bardzo, nie wiem, jaką kwotą pani dysponuje…
- Och, to nie ma znaczenia! – Machnęła lekceważąco dłonią i uśmiechnęła się do staruszki. – To naprawdę nie ma znaczenia… - mruknęła bardziej do siebie.
Kilka godzin później leżała na swoim nowiutkim, miękkim dywanie i wpatrywała się w sufit. Zamknięta w mieszkaniu, bezpieczna od spojrzeń ludzi z zewnątrz, nareszcie mogła przestać udawać. Z zadowoleniem przejeżdżała dłonią po miękkiej tkaninie i mrużyła ze zmęczenia oczy. Siedem lat… Minęło siedem długich lat, odkąd ostatni raz była w wiosce. Nie zmieniło się wiele. A raczej: budynki się nie zmieniły. Ludzie wydawali się inni, obcy. Kiedyś uśmiechała się do wszystkich, a wszyscy uśmiechali się do niej, dzisiaj czuła się jak najeźdźca, ktoś obcy i wrogi. Przemierzała ulice spokojnym, miarowym krokiem i szukała znajomych twarzy. Dorośli. Jej koledzy i koleżanki, których pamiętała, teraz byli dorośli i w niczym nie przypominali małych dzieci. Na jej widok odwracali głowy i uciekali od żółtego spojrzenia. Bali się? Jak wiele plotek krążyło po Liściu, gdy odeszli? Shisui zamordowany, Itachi zdrajcą, ona, Miariko, kimś zaplątanym w to wszystko. Ofiara i przyczyna. Zamknęła oczy i westchnęła, starając się zasnąć jak najszybciej. Nieważne. Teraz ma nowe życie. Ma roześmianego Deidarę, ma Miyoshi, ma rudego Lidera, ma wiecznie zatroskaną Konan. Wycieczka do Konohy to tylko epizod. Nic niewart epizod. Przekręciła się na bok.
Obudziła się zwinięta w kłębek na dywanie. Marudząc i rozprostowując obolałe kości, dotarła do łazienki. Na widok własnego odbicia w lustrze wzdrygnęła się lekko. Podkrążone oczy, blada cera i czerwone, mocno zarysowane usta. Do tego żółte oczy. Pamiętała, gdy były jeszcze roześmiane, gdy zawsze przyglądała im się radośnie. A teraz? Zimne, martwe. Dawniej nieco złote, teraz po prostu żółte, niemal obrzydliwe. Wzdrygnęła się. I wtedy wpadła na pewien pomysł.
Szybko znalazła torbę z kosmetykami.
Przed wyjazdem otrzymała od pewnej znajomej biały puder, którego zazwyczaj używają tylko gejsze. Teraz przyglądała się pudełeczku z wyraźnym wahaniem i lekko zmarszczonym czołem. A gdyby tak ukryć pod nim wszystkie uczucia, ukryć podkrążone oczy, zmęczenie, niezadowolenie? Na chwilę zamknęła oczy, a potem usiadła wygodnie przed lustrem i rozłożyła wszystkie kosmetyki. Zabić Yoshitomi. I chociaż wiedziała, że Miyoshi zabroniła jej używać imienia „Natsumo”, czasem naprawdę do niego tęskniła. Pierwsze pociągnięcie pędzelka. Drugie. Zafascynowana patrzyła na białe ślady.
Laleczka z porcelany?
- Witamy w Konoha, Natsumo-san – mruknęła do siebie i z determinacją w spojrzeniu nakładała kolejne warstwy białej maski. Jakie szczęście, że Hatsu kiedyś nauczyła ją tego absurdalnego makijażu.
Gdy dobrych kilka godzin później wyszła z domu w ciemnofioletowym kimonie ozdabianym srebrnymi trawami, czuła się dziwnie. Co prawda strój ubrała prosty, na tyle dobrze skrojony, żeby i pobiec się dało, ale i tak nie poznawała swojego odbicia w sklepowych szybach. Biała twarz, czerwone usta i mocno zarysowane oczy – wzdrygnęła się. Samej sobie przywodziła na myśl potwora, upiorną lalkę, w którą ktoś tchnął życie i podarował wolność. Ale co laleczka może zrobić, nawet spuszczona ze smyczy? Omal nie krzyknęła, gdy natknęła się na Kakashiego.
- Śledzisz mnie? – Czuła dziwną satysfakcję na widok jego zszokowanej twarzy, gdy teatralnie obróciła oczy w jego stronę. Nie widziała efektu, ale mogła przysiąc, że był wstrząsający.
Shinobi chwilę milczał, najwyraźniej oceniając jej wygląd, po czym odwrócił wzrok.
- Coś ty sobie zrobiła?
Zacisnęła mocniej zęby i skoncentrowała się na unieruchomieniu mięśni twarzy. Szła dalej, nie bardzo wiedząc, dokąd się kieruje. Iść. Po prostu iść, rozglądać się po wiosce, szukać czegoś ciekawego.
- Coś ty sobie zrobiła? – powtórzył, tym bardziej z wyczuwalną odrazą w głosie.
- Makijaż, Kakashi – zakpiła, choć zachowanie poważnego tonu kosztowało ją naprawdę wiele. Raz miała ochotę śmiać się z siebie, raz płakać, ale zawsze była w tym jakaś niepewność. Dlaczego nie umiała stawać się niewidzialna na życzenie?
- Nazywasz to makijażem? – prychnął. – Ja bym nazwał upiorną transformacją.
Zerknęła na mężczyznę i mimowolnie uniosła lekko kąciki ust.
- Ja nie komentuję twojego wyglądu.
- Bo nie przebieram się za gejszę!
Wizja Kakashiego w stroju gejszy była o wiele zbyt zabawna, żeby Miariko zdołała się powstrzymać. Ryknęła śmiechem, zupełnie burząc swój dotychczasowy wizerunek i wprawiając kilku przechodniów w totalnie zdumienie. Sam Hatake także był zaskoczony, ale bardziej widać było zadowolenie, gdy patrzył na śmiejącą się dziewczynę. Znowu przywodziła mu na myśl małą, wesołą dziewczynkę z drużyny szóstej. W gruncie rzeczy, zawsze była pyskata, a wiadomo, musiała dojrzeć… Tylko makijaż mu nie pasował. Zdecydowanie. Opanowała się szybko i zmieszana odwróciła głowę, żeby nie mógł widzieć drżących ust i roześmianych oczu. Tak łatwo wyprowadził ją z równowagi?
- Idziemy na ramen? – zaproponował, wyczuwając dobrą okazję do rozmowy.
Czuł, jak robi mu się zimno, gdy ponownie na niego spojrzała. Cała radość zniknęła, zostało tylko to puste spojrzenie i kamienna, teraz dodatkowo blada twarz. Mała Miariko wydawała się być tylko chwilowym złudzeniem.
- Ja z tobą na ramen? – Nienawidził tego martwego głosu i niemal zupełnego braku mimiki twarzy. – Niedoczekanie.
Uniósł brew i wcisnął dłonie w kieszenie. Szli dalej.
- Dlaczego? Nie jestem wystarczająco dobry?
- Nie jesteś – przyznała spokojnie.
Milczeli dłuższą chwilę, a on próbował rozszyfrować jej zachowanie i znaleźć resztkę tego szczerego wybuchu śmiechu, który widział jeszcze przed chwilą.
- Dlaczego udajesz? – zapytał wreszcie, z wyraźnym niezadowoleniem. – Jesteś w Konoha. Nie jesteś w delegacji, nie musisz się ukrywać, tutaj wszyscy cię znają! Nie jesteś z Widzącą, więc…
- Ale jestem Widzącą – przerwała mu chłodno. – I to wystarczy. Zresztą, o co ci chodzi? O to, że nie śmieję się bezsensownie, nie macham rękoma i nie krzyczę? Że nie wspominam i nie wzdycham? Nie rozczulam się nad wioską, nie płaczę przy bramie dzielnicy Uchiha? Prawdziwy shinobi tego nie robi. Prawdziwy shinobi nie ma uczuć, nie ma emocji. Odsuwa je, eliminuje i pozwala sobie osiągnąć więcej, niż zwykli ludzie. Bycie shinobi to nie kopanie sobie nawzajem tyłków. To myślenie. To inna mentalność, inny świat.
Nienawidził tej gadki. Nie zgadzał się z nią, odkąd jego przyjaciel zginął, żeby udowodnić mu bezsens tej teorii. W niektórych szkołach shinobi nadal tak uczono, ale większość stawiała na pierwszym miejscu troskę o przyjaciół, rodzinę, innych.
- Pieprzenie. A przyjaciele? Ten, kto zapomina o uczuciach i zostawia przyjaciół w potrzebie…
- Co możesz wiedzieć o przyjaźni? – Znowu mu przerwała. – Nic nie wiesz. Przyjaźń to gówno. To bagno, które ciągnie nas w dół. Kończy się gwałtownie, a powoli rozwija, jest męcząca, wyżerająca wszystkie pozytywne uczucia, doprowadza nas do szaleństwa. Budzi emocje, budzi gniew, miłość, radość, histerię. Po co to? Nie zostawiać przyjaciół w potrzebie? W takim razie lepiej ich nie mieć lub zabić w porę.
Nie wiedział, co powiedzieć. Słuchał tego z niedowierzaniem, a potem zrozumiał. Właściwie, czego innego spodziewał się po Yoshitomi? Jej przyjaciel i chłopak, Shisui, został zamordowany przez swojego najlepszego przyjaciela, Itachiego. Itachi, który był przyjacielem Miariko i którego kochała, najpierw niemal ją zabił, a potem zostawił nieprzytomną i poranioną. Nie powinien zaczynać tego tematu, ale nie mógł się powstrzymać.
- Miariko – zaczął delikatnie – rozumiem, że możesz w to nie wierzyć, że po tym wszystkim, co się stało…
W jej oczach błysnął gniew, ściągnęła usta.
- Nic nie wiesz. Nic nie wiesz i nic nie rozumiesz. Jak możesz rozumieć? – żachnęła się i odwróciła wzrok. – Widzę to wszystko przy każdej niekontrolowanej wizji, przy każdej pełni i nieprzespanej nocy. Jak możesz to rozumieć? Słyszę wszystkie słowa od nowa, widzę, czuję, krzyczę raz jeszcze. A ty mówisz o przyjaźni? Ona nas niszczy. I ciebie też kiedyś zniszczy. Też kiedyś zdechniesz, bo te dzieciaki, którymi się zajmujesz, nie obronią się same. A ty, wielki Hatake Kakashi pobiegniesz im na ratunek. Będzie za późno, żeby użyć jutsu lub broni, więc po prostu zasłonisz ich swoim ciałem i zdechniesz jak pierwszy lepszy, szlachetny chłop z pola! Czy tak chcesz żyć?! Tak chcesz zginąć?! Ja nie chcę.
- To wizja?
Spojrzała na niego z lekkim zdumieniem.
- Nie. Moje gadanie. – Przerwała na chwilę. – Ale prawdziwe gadanie! Oddawanie za innych życia…
- A Itachi? – Tym razem to on jej przerwał, nawet na dziewczynę nie patrząc. – A gdybyś mogła ocalić go tylko takim rzuceniem się niczym chłop z pola?
Zamrugała, ale odpowiedziała szybko i bez wahania. Za to z błyskiem złości w oczach.
- Co „Itachi”? A co on mnie obchodzi? Jak ma zdychać, niech zdycha. Im szybciej, tym lepiej dla świata.
Spojrzał na nią i wybuchł śmiechem. Nie zrozumiała, bo zatrzymała się i uniosła pytająco brwi.
- Emocje nie są potrzebne! – śmiał się nadal, wyraźnie z niej kpiąc. – Powtórz to, a potem posłuchaj, co właśnie powiedziałaś! Tylko o nim wspomniałem, a ty aż kipiałaś od tych twoich zbędnych emocji, z jaką złością życzyłaś mu śmierci! Sama wzmianka o chłopcu z dzieciństwa wywołała emocje, chociaż tak wytrwale je ukrywałaś!
Nie czekała, aż skończy. Odwróciła się na pięcie i odeszła jak najszybciej, nie mając odwagi spojrzeć mu w oczy. Miał rację. Miał cholerną rację, a ona znowu była na siebie zła. Miała nie pokazywać po sobie słabości. Szczególnie jemu.
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

karta VI

poniedziałek, 8.września.2008, 20:35
Otaczająca świat cisza i obojętność. Cisza – przecież całkiem głośna – przytłaczała ją z każdym krokiem. Bo ptak, właśnie śpiewający tuż koło głowy, wydawał się robić to ze zbyt małym zaangażowaniem, bo piach, skrzypiący pod nogami, też jakoś do mózgu nie docierał, a szum liści był zbyt odległy i zbyt abstrakcyjny, żeby uwierzyć w niego chociaż na chwilę. I obojętność, druga zmora. Zmora? Usta wygięły się w nieco kpiącym uśmieszku, dłoń odgarnęła kosmyk włosów za ucho i poprawiła słomkowy kapelusz. Dzwoneczki doń przyczepione zabrzęczały, po raz pierwszy przerywając milczenie otoczenia. Pamiętała te kamienie i zakręt, i drzewa, i piach też był ten sam. Pamiętała wszystko, a jednak pozostawało to zupełnie bez znaczenia. Bo czym się przejmować? Tym, że kiedyś ktoś, że kiedyś ktoś tutaj? Znowu się uśmiechnęła, ale już mniej wesoło, bardziej niemrawo. Zakręt, znajomy jak na złość. Może jednak?
Że kiedyś ktoś, że kiedyś ktoś tutaj…?
Zmrużyła gniewnie żółte oczy i przez chwilę nasłuchiwała, stojąc w bezruchu. A potem usłyszała huk i krzyk, i wibracje chakry.
Że kiedyś ktoś. Że kiedyś ktoś tutaj.
Skoczyła na najbliższą gałąź, a później na następną.
Ziemia, gdzieniegdzie mocno poszarpana i zniszczona, kiedyś zapewne porośnięta była trawą. Teraz – brązowa i odstraszająca – bynajmniej do stąpania po niej nie zachęcała. Przez chwilę lustrowała wzrokiem pobojowisko, aż natrafiła na dwie leżące postacie. I trzecią, która zbliżała się do nich spokojnym, miarowym krokiem. Wiatr cicho zaszumiał, po raz pierwszy wydając jej się czymś istotnym, dzwoneczki zadzwoniły nieposłusznie.
Błąd. Zauważył ją.
Przystanął, odwracając spojrzenie od ofiar i kierując je w stronę, z której dobiegł go dźwięk. Pusto? Mimowolnie poprawił okulary i wytężył zmysły. Na pewno słyszał, na pewno…
- Szukasz kogoś, Kabuto?
Wzdrygnął się, ale opanował na tyle, żeby nie wykonać gwałtownego ruchu. Powoli odwrócił się w stronę właścicielki lodowatego, dumnego głosu i wbrew woli skrzywił się z niezadowolenia. Przez chwilę miał nadzieję, że to nie ona.
A jednak – ona. Czarny płaszcz wyszywany srebrnymi nićmi w liczne gwiazdy i księżyc na plecach, samurajski, słomkowy kapelusz i zasłonka, za którą chowała twarz, wszystko to zgadzało się z najmniejszymi detalami. Pierścień na dłoni, sylwetka, a nade wszystko żółte, przewiercające go na wylot oczy pozbawione źrenic. Kątem oka dostrzegł, że pokonana dwójka zaczyna czołgać się do tyłu.
- Jestem zajęty – burknął w jej stronę i próbował wyminąć kobietę.
Błąd, tym razem z jego strony.
Świsnęło, oczy błysnęły zza zasłonki. Musiał wykonać salto w tył i szybki unik, a i tak dłoń przeciwniczki prawie go złapała. On ledwo zdążył, a ona znowu stała tam, gdzie poprzednio, tym razem uśmiechając się drwiąco. Ostentacyjnie spojrzała na jego byłych przeciwników.
- Po co ci oni? – zapytała spokojnym, zupełnie obojętnym głosem, którym równie dobrze mogłaby pytać o pogodę czy prosić o bułki w piekarni. – Są z Liścia – dodała, jakby cokolwiek to dla niej znaczyło. A wiedział przecież, że z byłą wioską nic jej nie łączyło.
- Potrzebni. – Mierzyli się chwilę spojrzeniami. Chłopak zrobił kilka kroków, szukając dobrego dojścia do leżącej, przysłuchującej się im dwójki, a ona stała, ciągle nieruchomo, i tylko oczy podążały za każdym jego ruchem. – Nie pozwolisz mi? – zapytał wreszcie, przygotowując chakrę w dłoni.
- Nie – stwierdziła. – Idź już.
„Idź już” – słowa kobiety odbiły się echem w jego głowie i wywołały skurcz gniewu na twarzy. Jak śmiała! Traktować go jak śmiecia, jak chłopca jakiegoś! Jego, sługę Orochimaru, jego traktowała w tak podły sposób! Wydawało mu się, że skoczył naprawdę szybko, że wykonał zmyłkę i zanurkował tak, że nie powinna tego dostrzec, a tymczasem zanim zdążył krzyknąć, dłoń przeciwniczki śmignęła mu koło twarzy. Otworzył z przerażenia oczy, ale zamiast tego, poczuł wbijające się w brzuch kopnięcie. Żebra głucho jęknęły, gdy poleciał do tyłu i zderzył się z drzewem oddalonym dobre dziesięć metrów. Znowu stała nieruchomo, z jedną dłonią przytrzymującą kapelusz.
- Idź już – powtórzyła i odwróciła się do niego plecami. – Nie zrobię ci krzywdy – dodała bardziej do siebie, niż do niego.
Zaklął, podnosząc się powoli. Musiał ich mieć, a raczej musiał mieć dziewczynę. Chłopak był nieważny, chociaż z jego intelektem… Koronami drzew szarpnął silny podmuch wiatru, nagle zrobiło się zimniej. Zamarł, obserwując postać kobiety. Zmieniła zdanie?
- Uciekaj – usłyszał we własnej głowie, a kolejny podmuch wygiął rosnącą obok sosnę.
W ułamku sekundy wyczuł zbliżającą się chakrę, a potem zrozumiał. Nie miał pojęcia dlaczego, ale pył poderwał się do góry i przysłonił go, żeby mógł zniknąć. Zanim uciekł, w oddali błysnęły mu żółte oczy, kapelusz zawirował w powietrzu, a głos, który tak dobrze znał, przerwał ciszę pobojowiska.
- Yoshitomi Miariko.
I jeszcze odpowiedź, zaznaczona lekceważącą obojętnością, gdy dziewczyna spojrzała na przybysza.
- Hatake Kakashi, jak miło.
***
Zegar na ścianie tykał miarowo, przerywając panującą w gabinecie ciszę. Blondynka siedząca za drewnianym biurkiem przeglądała prezenty, raz po raz przyglądając się uważniej jakiemuś pudełeczku czy fiolce, stojąca obok szatynka nerwowo kręciła młynka palcami, a trzech oficerów ANBU nie odrywało wzroku od trzeciej w pomieszczeniu kobiety. Miała długie, związane w rozsypujący się kok włosy i śmiertelnie bladą twarz. Nienaturalnie biała skóra mocno kontrastowała z czernią włosów i żółtymi oczami, dodając jej nie tyle urody, co niesamowitości i czegoś, co zmuszało ich do zachowania czujności. Tymczasem zadziwiała ich nie tylko swoim wyglądem, ale i zachowaniem. Nie poruszała się, ba, wydawała się ledwo oddychać, a dłonie, odkąd położyła je na kolanie, trwały w zupełnym bezruchu. Od czasu do czasu poruszyła stopą nogi, którą zarzuciła na drugą, ale i tak robiła to bardziej dla ich komfortu, nie dla samej siebie. Jakby chciała upewnić oficerów, że jeszcze żyje.
- Dobra… Ale kilka marnych kosmetyków nie załatwia sprawy – oświadczyła wreszcie blondynka i przeniosła wzrok na swojego gościa.
- Powinno załatwiać. – Padła odpowiedź. Dłonie nie drgnęły, tylko but zatoczył koło w powietrzu.
- A Miyoshi? Nie powinna przyjechać?
- Miyoshi-senpai? – zaakcentowała tytuł mentorki.
Dłoń kobiety uderzyła o biurko, które zatrzeszczało niebezpiecznie.
- Jestem tu Piątą Hokage, do jasnej cholery! – wrzasnęła. – Senpai, to sobie możesz do niej ty gadać, a nie ja! – Głośno wypuściła w ust powietrze, wykonała pełen obrót na fotelu, po czym znowu wpatrzyła się w dziewczynę.
Milczeli. Czarnowłosa nie wyglądała na przejętą zachowaniem Hokage, a blondynka najwyraźniej czekała na jakąś reakcję. I pewnie siedziałyby tak jeszcze bardzo długo, gdyby nie to, że nagle drzwi do gabinetu otworzyły się gwałtownie. Głowa czarnowłosej obróciła się w stronę przybysza.
Do gabinetu wpadł chłopak z czupryną blond włosów na głowie i błyszczącymi, błękitnymi oczami. Przyglądała mu się uważnie, próbując ocenić siłę i zasoby chakry. Gdy młokos wrzeszczał coś do Tsunade (która nie pozostawała dłużna), Miariko powoli zaczynała coraz bardziej interesować się młodym. Miał całkiem sporo chakry, a do tego coś jej nie pasowało. Było w dzieciaku coś dziwnego, jakiś szczegół, który ciągle jej umykał, a którego nie potrafiła określić. Jej zainteresowanie zauważyła Hokage, bo zdzieliła blondynka pięścią i ponownie zwróciła się do Yoshitomi.
- Więc? Co powiesz, Miariko?
- Nie skończyłem, babciu Tsunade! – zajęczał głośno, opierając dłonie o biurko.
Miariko zamrugała, a już po chwili na jej usta wypełzł perfidny uśmiech. Zauważyli to oficerowie, którzy zareagowali niemal tak gwałtownie, jak gdyby dziewczyna wyjęła broń czy skoczyła na Hokage. Shizune, szatynka, także wbiła w nią spojrzenie i tylko Piąta zdawała się niczego nie zauważać, targając chłopca za kłaki.
- Uzumaki, huh? – odezwała się czarnowłosa, pierwszy raz przejawiając zainteresowanie.
Tsunade puściła dzieciaka i wyprostowała się sztywno. Już wydawało się, że po raz kolejny zapadnie cisza, ale Miariko klasnęła w dłonie i zaśmiała się sztucznie.
- Co macie takie miny? – parsknęła, ciągle posyłając im wymuszony uśmiech. – Powiedziałam coś niewłaściwego?
Nie zdążyła się dowiedzieć, czy powiedziała coś właściwego, czy nie, bo oto do gabinetu wpadła kolejna osoba. Tym razem była to ta sama kunoichi, która przegrała z Kabuto. Na widok Yoshitomi niemal uderzyła czołem o podłogę, kłaniając się jak najniżej.
- Yoshitomi-san! Shikamaru-kun jest ciągle nieprzytomny, chciałabym podziękować w jego imieniu za ratunek! Gdyby nie pani, bylibyśmy bez szans…
- Zazwyczaj zaczynasz podziękowania od przedstawienia się, żebym wiedziała, kto ma u mnie dług – poinformowała ją dobitnie obojętnym głosem i na powrót przybrała minę nie wyrażającą jakiegokolwiek zainteresowania otoczeniem. – Jak się nazywasz?
- Haruno Sakura! Przepraszam, ale naprawdę… - trzebiotała dziewczynka, ale Yoshitomi już nie słuchała. Powtarzała w myślach nazwisko kunoichi i nawet przez chwilę chciała się zaśmiać kpiąco, ale zrezygnowała. Jaki świat jest mały. Przyjaźniła się kiedyś z Haruno. Norie. Norie Haruno. Właściwie: te same włosy, te same oczy, nie trzeba się przyglądać, żeby widzieć podobieństwo.
Tsunade najwyraźniej czekała na reakcję Miariko. Przecież wiedziała o Norie. Yoshitomi uśmiechnęła się do niej chłodno.
- Dobrze. Co mam zrobić, żebym mogła tu zostać? – zapytała spokojnie, przerywając monolog dziękczynny Sakury.
Hokage zawahała się chwilę i nagle przypomniała sobie, czego Miariko nienawidziła najbardziej. Podlegania rozkazom, a szczególnie spełniania zachcianek młodszych od siebie. Wyjątkiem był chyba tylko mały Sasuke, a to i tak ze względu na Itachiego… Uśmiechnęła się perfidnie.
- Sakura, Naruto, czego najbardziej pragniecie w tej chwili?
Wywołana dwójka spojrzała na nią zdumiona. Najwyraźniej nie zrozumieli, co pytanie ma do wypowiedzi Yoshitomi, ale chwilę milczeli. Potem odezwał się Naruto, wybitnie poważnym głosem.
- Znaleźć Sasuke – powiedział, wpatrując się w oczy Piątej.
Najpierw Hokage wydawała się zdumiona, potem parsknęła śmiechem. Miariko w życiu nie podejmie się takiego zadania. Sasuke to Uchiha, to brat Itachiego. A z tego, co jej wiadomo, ta dwójka pała do siebie szczerą nienawiścią. Przynajmniej od czasu śmierci Shisuiego.
- No, Yoshitomi-san. Słyszałaś – zakpiła blondynka.
Miariko przesunęła wzrok z wpatrzonej w nią dwójki na Hokage, potem znowu na nich, aż wreszcie skinęła głową i uśmiechnęła się drwiąco na widok blednącego uśmieszku Tsunade.
- Słyszałam. Znajdę go wam. Tylko dlaczego tak bardzo tego pragniecie? Mieliście całkiem spore pole do popisu – dodała.
- Sasuke-kun jest naszym przyjacielem! – wyrwało się Sakurze, której oczy przypominały dwa talerze. – Naprawdę nam pomożesz, senpai?!
Raz jeszcze skinęła głową.
- Żaden problem – mruknęła bardziej do siebie, niż do nich. – Przyjacielem, powiadasz? – uniosła brew i powoli wstała. – A osiągnął już Mangekyo? – Pytanie było skierowane do Tsunade, która skrzywiła się na te słowa. Dwójka młodszych shinobi najwyraźniej nie rozumiała, o czym mowa.
- Nie. – Padła krótka, chłodna odpowiedź.
Usta Miariko wykrzywił nieprzyjemny uśmiech.
- Nie odpowiadam więc za to, co stanie się po jego odnalezieniu. – Zrobiła kilka kroków w stronę drzwi.
- Czekaj! – Tsunade nagle odzyskała rozum. – Masz go znaleźć w pojedynkę! Nie pozwolę ci wziąć na misję…
- …twojego Jinchuriki? – roześmiała się lodowato i położyła dłoń na klamce. – Ależ szanowna Hokage, wątpię, żeby ta dwójka zadowoliła się zdjęciem ze spotkania z Sasuke…
I z tymi słowami, ciągle się śmiejąc, wyszła z gabinetu. Wściekłe spojrzenie Tsunade omal nie wgniotło młodszych shinobi w podłogę.
- Naruto, nie waż się przebywać w towarzystwie tej kobiety – ostrzegła. – Jeśli zobaczę cię z nią chociażby w drodze po bułki do sklepu, możesz być pewien, że nie opuścisz tego gabinetu dopóki ona tu będzie.
Nie wiedziała, jak bardzo Miariko trafiła ze swoją uwagą i jak bardzo dotknęła ona chłopaczka. Blondyn zaklął i z rozmachem odmaszerował w stronę drzwi.
- Bo stracisz swojego Jinchuriki?! – wrzasnął, otwierając je na oścież. – Już go straciłaś!
I tyle go widzieli. Zszokowana Tsunade chciała coś powiedzieć do Sakury, ale ta wybiegła za Naruto. Zaklęła. Przegrała. Przegrała z dziewczynką, którą pamiętała z jej pierwszego dnia w Akademii. Odprawiła oficerów ANBU, wydając rozkaz trzymania oka na Yoshitomi.
- Nie chcę kłopotów – oświadczyła i odwróciła się do nich plecami. Zniknęli.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

karta V

niedziela, 31.sierpnia.2008, 12:12
W końcu dotarli do siedziby Brzasku, a on, tłumacząc się jakimiś sprawami, zostawił Miariko samą. I kazał przyjść jak najszybciej do jego pokoju, na ciasteczka cynamonowe. Nie zdążyła powiedzieć mu, że nie orientuje się w korytarzach budynku i nie ma pojęcia, gdzie jest jego pokój. Po kilku zakrętach, cofnięciach się i zmianach kierunku, doszła do wniosku, że stało się nieuniknione. Zgubiła się. Korytarze bez wyjścia. Westchnęła i zrezygnowana zatrzymała się na środku, próbując wymyślić jakiś racjonalny plan działania, gdy nagle usłyszała kroki. Drgnęła. Pamięć o członkach organizacji nie zniknęła zupełnie i była w stanie zrozumieć, że właśnie znalazła się w cholernie niewygodnej sytuacji. Jeśli to Deidara lub Hidan, z którymi często rozmawiała i załatwiała interesy, jest uratowana. Ale jeśli to ktoś inny, któryś z tej bandy wariatów… Przełknęła nieco głośniej ślinę i odkryła, że zaczyna zastanawiać się, co na ich miejscu zrobiłaby z porzuconą kunoichi. Nie, stop. Była Widzącą, była uczennicą Madary i Miyoshi, górowała nad tymi idiotami intelektem i umiejętnościami. Chwilowy brak pamięci nie jest powodem do paniki. Z takimi myślami omal nie zderzyła się z Itachim, który akurat wyszedł zza zakrętu. Zamrugała, szybko przypomniała sobie wzmiankę Madary o ich dawnej znajomości i zdobyła się na najbardziej niewinny uśmiech, zanim ten zdążył wyjść z szoku spowodowanego nagłym spotkaniem.
- Och, Itachi-kun, co za niespodzianka! – ucieszyła się radosnym, dziewczęcym głosikiem.
Jak łatwo się domyślić, Itachi zaniemówił. Wbiło go w ziemię, otworzył szeroko oczy i omal nie uderzył szczęką o podłogę, wpatrując się w roześmianą, wyraźnie nieco nerwową podobiznę Miariko. Bo że stoi przed nim prawdziwa Miariko i wita go „Itachi-kun, co za niespodzianka” nie był w stanie uwierzyć. Wstrętna podobizna musiała się zorientować, że coś jest nie w porządku, bo uśmiech jej zbladł i szybko zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu.
- Itachi-kun? – zapytała nerwowo, ciągle nieudolnie próbując się uśmiechnąć.
Gdy obserwował poczynania tej istoty, cholera ją wie, kim była, robiło mu się niedobrze. Yoshitomi nigdy nie mówiła „Itachi-kun” i nigdy się tak nie szczerzyła. Ostatnim razem wydawała się wręcz wybitnie mało chętna do suszenia zębów na jego widok.
- Tak? – zapytał chłodno, próbując ustalić tożsamość intruza. Co gorsza, chakra dziewczyny była identyczna do chakry Yoshitomi, którą czuł ostatnio. Czy to możliwe, że obie były podrobione? Przecież już wtedy nie podobało mu się to zachowanie, ale… Nie, niemożliwe. Tamta Miariko zdecydowanie była sobą, tylko że zupełnie na niego obojętną.
Dziewczyna próbowała znaleźć szybkie rozwiązanie problemu. Oczywistym było, że coś idzie nie tak, jak iść powinno, ale nie miała pojęcia, o co chodzi. Przecież skoro się ze sobą trzymali, musieli mówić do siebie na „ty”, więc o co chodzi?
- Bo ja… zgubiłam się – zakończyła kulawo, marząc o ratunku z niebios w postaci Deidary, na którego rzekomo zawsze mogła polegać. A jeśli to też kłamstwo?
Zgubiła się? Swoją droga, nigdy nie widział jej w organizacji, a przy tej ilości korytarzy i ostatnich wydarzeniach już nic nie mogło go zaskoczyć. Właśnie zbierał się do odpowiedzi i zadania kilku pytań, gdy korytarz wypełnił wrzask Tobiego.
- Natsumo-chaaaaan! – zawył i rzucił się Miariko na szyję. – Szukałem cię – oznajmił radośnie.
Zanim Itachi zdążył przyswoić to absurdalne imię, dziewczyna dostarczyła mu kolejnej niespodzianki. Oto niemal nie popłakała się ze szczęścia, wpatrując w Tobiego jakby był co najmniej jej bogiem.
- Zgubiłam się… - przyznała cichym głosem, który, jako kolejny czynnik kilku ostatnich minut, przyczynił się do jeszcze gorszego samopoczucia Uchihy. Od kiedy Miariko odzywała się do kogoś z taką pokorą?
- Natsumo-chan, idziemy na ciasteczka! – oznajmił wesoło i pociągnął ją w drugą stronę. – Itachi-kun niech idzie trenować – dodał i chociaż powiedział to równie pogodnie, Itachi mógłby przysiąc, że słyszał w tym nutę groźby.
Zniknęli za zakrętem, zostawiając mu jedynie echo głosów, niedawne dziwne słowa Miyoshi i milion pytań. Ze stanu skrajnego oszołomienia wyrwał go znajomy, melodyjny głos.
- Posrało ich z tą zmianą imienia, un.
A jednak cuda się zdarzają, stwierdził Itachi, gdy uruchomił Sharingan i powoli odwrócił się w stronę Deidary. Nikogo w tej chwili nie potrzebował bardziej, niż osoby, którą obiecał sobie pokroić na kawałki.
***
Jedzenie ciasteczek okazało się treningiem. Skołowana Yoshitomi nie potrafiła patrzeć na Madarę bezpośrednio. W jego obecności nie mogła się skoncentrować, a wszystkie wspomnienia znowu rozpływały się bezpowrotnie. Kojarzenie faktów przychodziło z trudem, a chakra, niewyobrażalnie ciężka i bezwzględnie żądająca posłuszeństwa chakra, przyprawiała ją o zawroty głowy.
Skończył wyjaśniać cel spotkania i poprawił maskę.
- Rozumiesz? – upewnił się spokojnym, wypranym z emocji głosem.
Nerwowo skinęła głową i usilnie starała się udawać, że nic takiego się nie stało, a trening z najpotężniejszym żyjącym ninja to pestka. Owa pestka przyprawiała jej żołądek o skręt i wywoływała nerwowe mruganie.
- No, dalej. Atakuj.
Skinęła głową, wzięła głęboki oddech i skoczyła w bok. Zniknęła, rozpędziła się. Wiedziała, że i tak nie ma szans, nawet najmniejszych, ale warto próbować. Uderzyła raz, ale zniknął, potem po prostu się uchylił, potem złapał ją za nadgarstek, ale bez namysłu cięła kunaiem i uwolniła się z uchwytu. Salto w tył, głęboki oddech i skok do przodu…
Zamarła na ułamek sekundy, gdy Madara gwałtownym ruchem zdjął maskę. Wydawało jej się, że zdążyła zobaczyć Sharingan, a w głowie uformowała się myśl „zabije mnie?” i nagle wszystko, łącznie z triumfalnym uśmieszkiem Uchihy, zniknęło. Shinobi otworzył w zdumieniu oczy i nagle znalazł się jakieś sześć metrów dalej na ziemi, z połamaną maską leżącą obok jego twarzy wykrzywionej wściekłością. Zszokowana Miariko wpatrywała się w Miyoshi, która ciągle stała w pozycji po silnym kopnięciu – z nogą wyprostowaną, lekko przechylonym ciężarem ciała i zmrużonymi wściekle oczami. Yoshitomi odnotowała szybko, że kobieta zdjęła rękawiczki i najwyraźniej była gotowa na porządną walkę. Madara podniósł się powoli i odwrócił w jej stronę. Ruda także stanęła, ale nie zaszczyciła go spojrzeniem. Wzrok wbiła w dziewczynę.
- Jak mam to rozumieć? – głos Uchihy drżał z wściekłości, gdy powoli szedł w ich stronę.
- Biorę to, co moje – odparła lodowato i nagle znalazła się przed Miariko. Kunoichi nie zauważyła momentu, w którym kobieta uniosła dłoń, ale aż za wyraźnie odnotowała mocny policzek, który jej wymierzono. Ledwo utrzymała się na nogach, czując, jak łzy mimowolnie napływają do oczu. – Nie rycz – warknęła Miyoshi i uderzyła raz jeszcze. – Pozwoliłam ci zmieniać imię?
Madara milczał i tak samo milczała Miariko. Ruda wymierzyła jej kolejny policzek, znowu tak mocny. Kilka kropelek krwi zebrało się w kąciku ust, a dziewczyna mimowolnie się skrzywiła.
- Pozwoliłam ci zmieniać imię? – powtórzyła ciągle tym samym, lodowatym głosem.
- N-nie, senpai…
Ruda powoli skinęła głową.
- Więc, dlaczego pozwoliłaś nazwać się „Natsumo”?
Brak odpowiedzi i kolejne uderzenie. Dziewczyna upadła na kolana, ledwo powstrzymując wstrząsający jej ciałem szloch. Madara milczał, uważnie obserwując sytuację. Według umowy, Yoshitomi była własnością Miyoshi i nic mu do tego, jak dziewczyna trenuje i jak się nazywa – ale nie mógł się powstrzymać. Zresztą, kto by oczekiwał takiej reakcji ze strony rudej?
- Odpowiedz! – zażądała unosząc rękę, ale nie musiała uderzać, bo dziewczyna szybko poderwała głowę do góry i, połykając łzy, zaczęła się tłumaczyć.
- Nie pamiętam! Senpai, nie pamiętam, ja… - Kolejna fala płaczu wstrząsnęła jej ciałem, gdy kobieta bez wahania znowu przyłożyła jej w twarz. Miariko upadła na przedramiona, podpierając się na nich i wbijając zaczerwienione od łez oczy w ziemię.
- Pamiętasz – oświadczyła chłodno. – Jest różnica pomiędzy „nie pamiętam” i „nie chcę pamiętać”. Nie waż się uciekać od przeszłości, Yoshitomi Miariko.
Zanim Madara zdążył mrugnąć, a Miariko chociażby do końca zrozumieć jej słowa, dłoń Miyoshi dotknęła czoła dziewczyny. Przez pierwsze ułamki sekund czuła tylko rozlewające się po ciele ciepło, potem ból eksplodował w czaszce. A potem, z orzeźwiającą falą chłodu, wróciła przeszłość.
~*~
Oszołomiona patrzyła na małą dziewczynkę, może pięcioletnią, która z pewnością była nikim innym, jak nią samą. Siedziała w ławce z różowowłosą dziewczynką z dwoma kucykami, która najwyraźniej coś mówiła do małej Miariko. Po chwili słowa stały się wyraźne.
- Hej, Mi, widzisz tego chłopaka?
- Którego?
- Tego z ciemnymi włosami… No, tego w trzeciej ławce. Widzisz?
- Mhm. – Mała Mia uśmiechnęła się lekko, za to Yoshitomi, która oszołomiona patrzyła na własne wspomnienia, nie mogła powstrzymać skurczu żołądka. Dziewczynka pokazywała jej plecy małego chłopca, którego ostatnio spotkała i o którym tak lakonicznie wypowiadał się Madara.
- Och, jest taaaki ładny… Należy do klanu Uchiha, spójrz na symbol na jego plecach! Szkoda, że jest ode mnie młodszy… - westchnęła dziewczyna, po czym nagle uśmiechnęła się przepraszająco. – Wybacz, Mia, zapomniałam, że ty jesteś od niego młodsza…
- Młodsza? – zdziwiła się dziewczynka i energicznie pokręciła głową. – Nie, Itachi i ja jesteśmy w tym samym wieku.
Różowowłosa szeroko otworzyła oczy i omal nie wyskoczyła z ławki.
- Znasz go?!
- Poznałam wczoraj. – Mała wzruszyła ramionami i skierowała znudzone, żółte oczy na sylwetkę nauczyciela, który właśnie wypisywał im tygodniowy plan zajęć.
Starsza Miariko chciała zamknąć oczy i uciec od świadomości, która powoli mówiła jej, jak bardzo dała się oszukać. Wspomnienie się zmieniło.
*
- Dobrze… Teraz więc grupa szósta… - Sensei przeglądał papiery, po czym zmarszczył lekko czoło. Zawahał się przez chwilę, szybko jednak odkaszlnął i wyczytał nazwiska. – Więc… Hori Kazunaro…
Starsza Miariko nie mogła opanować drżenia rąk, chociaż i to pewnie było złudzeniem – w końcu wpadła tylko w wizję Miyoshi. Doskonale wiedziała, jakie nazwisko będzie kolejne.
- Uchiha Itachi…
Łzy dławiły ją w gardle. Jak mogła nie pamiętać?! Byli w jednej drużynie! W jednej drużynie, a może… Co jeszcze?
- I Yoshitomi Miariko – powiedział powoli, jakby sam się zastanawiał nad tym, czy powinien. Po chwili jego obawy potwierdziły głośne głosy sprzeciwu, niektóre dzieciaki wstały z ławek.
- Sensei, to jest niesprawiedliwe! Oni będą najsilniejszą drużyną, tak nie powinno być!
Głosy rozpłynęły się w tyle, kolejne wspomnienia wybiły się na przód.
*
- Nie ma potrzeby, żebym cię zabijał, Mia – powiedział to tak, jakby właśnie określał pogodę. Bez uczuć, bez drgnienia oka.
- Itachi! – zdobyła się na histeryczny krzyk, skrzywiła się z bólu, ale jej desperacja była o wiele silniejsza, niż fizyczne osłabienie – Itachi! – wrzasnęła, ale zniknął. Zaklęła w duchu i oparła się o pień drzewa, palce wbiła w ziemię. Słyszała, że Norie biegnie w jej stronę, że coś mówi, pyta o obrażenia… Nie miała zamiaru odpowiadać. Świat uciekł jej spod nóg, tlenu brakowało, wydawało się, że powietrze zniknęło razem z czarnowłosym chłopakiem. Kręciło jej się w głowie, wspomnienia przewijały się w postaci urwanych klatek filmowych.
- To tak ma wyglądać mniejsze zło?
Starsza Miariko miała dosyć, ale wizje nie chciały ustąpić. Już wiedziała. Pamiętała, wyraźnie pamiętała, kim był. Kim byli. Znowu czuła na szyi dotyk katany, a potem… Wiedziała, co będzie następne.
*
Chłopak owinięty szalikiem uśmiechał się do niej wesoło. Trzymał dłonie dziewczyny, a ona, już o wiele starsza i poważniejsza, także się uśmiechała.
- Shisui – szepnęła, pozwalając mu się przytulić.
- Mia – mruknął, całując jej szyję i na chwilę przerywając, żeby spojrzeć w żółte oczy dziewczyny. Wiedziała, że chciał wtedy coś powiedzieć, ale mu nie pozwoliła. Nie chciała słyszeć.
*
Oszołomiona Miariko patrzyła na samą siebie, jak śmieje się przez łzy i pozwala te łzy Itachiemu ścierać z twarzy, jak całuje go i jak pozwala mu się przytulać – zapadała się. Chciała krzyczeć i przerwać wizję, ale równocześnie nie potrafiła odmówić sobie tego widoku. Jego spojrzenie, ewidentnie zakochane i różne od tego, co widziała ostatnio, urzekało, wywoływało poczucie winy ale i jakiejś euforii, świadomości posiadania, opętania i… wygranej? A potem obrazy się zmieniły. I nie zdążyła przygotować się na to, co nagle, po raz kolejny, stało się jej udziałem.
*
Oszołomiona patrzyła na martwe ciała członków klanu Uchiha, znowu biegła pustymi uliczkami, znowu, wraz z małą, przerażoną dziewczynką przeskakiwała stłuczone lampiony. Czy naprawdę była tak mała? Była taka mała i widziała to wszystko? Itachi też był mały. Widziała, że za maską obojętności brzydzi się własnych dłoni, widziała, że gdy zostawiał nieprzytomnego brata z tyłu, ledwo stał na nogach. Obserwowała ich późniejszy pościg, obserwowała ich walkę, ostatnie pożegnanie i pocałunek, patrzyła, jak chłopak strąca ją w otchłań iluzji…Pamiętała wszystko. Pamiętała to, co powiedziała później i ledwo potrafiła oddychać, gdy przypominała sobie swoje dzisiejsze zachowanie. „Itachi-kun”? Jak mogła być tak głupia.
*
- Dobra – Miyoshi przyglądała się Miariko krytycznie – to co teraz zrobisz?
Milczała. Wbijała sobie paznokcie w skórę na dłoniach, zagryzała wargę i próbowała powstrzymać cieknące po policzkach łzy. Było jej słabo. Zbyt wiele krwi straciła, a do tego…
- Co teraz zrobisz? – ponagliła ją, łapiąc kontakt wzrokowy.
Miariko z trudem kaszlnęła, formując w ustach kolejne słowa. Przecież mu to obiecała. Nikt inny, to ostatnia misja, ostatnia przysługa…
- Zabiję go – oświadczyła, wkładając w to krótkie zdanie całą swoją energię.

~*~
Wizja urwała się, wreszcie pozwalając dziewczynie spojrzeć na świat przed nią. Miyoshi przyglądała się uważnie, jak Miariko wstaje na trzęsących nogach i przez chwilę patrzy z nienawiścią na Madarę. Potem wzrok przeniosła na rudą Kiyoko, potem chwilę patrzyła przed siebie. I bez słowa zaczęła biec. Tak szybko, jak szybko mogła, prawie potykając się o własne nogi. Znaleźć go. Musi go znaleźć.
Wpadła do budynku organizacji i już na pierwszym zakręcie zderzyła się z Hidanem. Ten zamrugał i odruchowo przeczesał dłonią włosy. Przechylił lekko głowę, niby od niechcenia machając za plecami kosą, której używał jako broni. Czerwone oczy albinosa świdrowały kunoichi z dziwnym błyskiem w tle, który nijak pasował do szarmanckiego uśmieszku.
- Mia-san, witamy w naszych skromnych pro… - zaczął.
- Gdzie Itachi? – przerwała mu gwałtownie. Próbowała zachować spokój, ale doskonale wiedziała, że nad mimiką straciła kontrolę dawno, jaki jest więc sens w pilnowaniu drżącego głosu? – Gdzie jego pokój?!
Shinobi uniósł brew w zdumieniu, ale chyba pomyślał, że Miariko po prostu jest na coś zła i chce sprać Uchihę. Wzruszył ramionami.
-Prosto, w lewo, w prawo i prosto, piąte drzwi po lewej.
Podziękowała i pobiegła. Jak mogła o nim zapomnieć?! Te wszystkie lata tak łatwo pozwoliła wykasować, porzuciła przeszłość, porzuciła wszystko, co miała?! Madara był w stanie pozbawić ją najważniejszych chwil, usunąć marzenia, nienawiść… Zacisnęła dłoń w pięść i przyspieszyła. Chciała go zobaczyć. Nie zabić i nie krzyczeć, ale zobaczyć, spojrzeć na niego jako Miariko Yoshitomi, a nie jako Natsumo, nie jako Widząca, ale jako koleżanka z drużyny. I zobaczyła. Po lewej, niedaleko piątych drzwi. Zobaczyła akurat w momencie, w którym przyciskał bladego Deidarę do ściany. Sharingan błyszczał w jego oczach, a ona poczuła dziwne ukłucie strachu. Jak bardzo różny był od Itachiego, którego kochała, którego, dopiero teraz, pamiętała wyraźnie?
- Itaś? – zapytała cicho, oszołomiona wpatrując się w jego postać. Teraz szata Akatsuki wydawała się jakimś okrutnym żartem, jego obojętność niesmacznym dowcipem. Puścił Deidarę, który osunął się na podłogę kaszląc. Powoli spojrzał w jej stronę, zostawiając artystę w spokoju. Zero emocji.
Chciała, żeby coś powiedział, a on milczał. Wpatrywał się w nią uważnie, aż nagle po prostu się odwrócił i zaczął odchodzić.
- Itachi!- krzyknęła przestraszona, że znowu odejdzie. – Ja pamiętam! Itachi, ja…
Uderzył ją. Znalazł się tuż przed nią i bez najlżejszego mrugnięcia wymierzył dziewczynie siarczysty policzek. Zapiekło, ale bardziej chyba przeraził ją sam fakt. Nie była w stanie ruszyć się z miejsca, zapomniała powiedzieć cokolwiek, zapomniała wytłumaczyć, przeprosić, krzyczeć… Oszołomiona patrzyła, jak zamyka drzwi od pokoju i zostawia po sobie ciszę. Teraz, gdy nareszcie pamiętała, on po prostu ją uderzył. Nie dziwiła się. Zapomniała o nim. Pozwoliła sobie zapomnieć o jego poświęceniu, on oddał dla niej życie, karierę, rodzinę – a ona zapomniała. Czuła, że powinna płakać. I pierwszy raz zrozumiała cierpienie Miyoshi, która nie była w stanie uronić chociażby jednej łzy. Zioła skutecznie wyciszyły reakcje organizmu i tylko umysł był dziwnie pusty. Cisza. Gdy odchodziła w stronę, z której przybiegła, otaczała ją cisza. Przeraźliwa, ale w jakiś sposób kojąca i uspokajająca. Czy nie tak wygląda życie shinobi? Cisza. Zanurzyć się w ciszy i już nigdy więcej nie krzyczeć, nie błagać, nie zapominać. Pamiętać o wszystkim w milczeniu, które skutecznie pozwala ukryć emocje. Odgłos własnych kroków powoli stawał się jedynym, co docierało do jej umysłu, aż wreszcie i on zniknął. Gdy wyszła z budynku organizacji, zmrużyła oczy w słońcu i poszukała wzrokiem Miyoshi. Ruda Kiyoko stała koło Madary, oboje patrzyli na nią z uwagą. Yoshitomi podeszła do dwójki swoich mentorów, chwilę milczała, po czym sztywno się skłoniła.
- Przepraszam, Miyoshi-senpai. Wróćmy do treningu. – Nie poznała własnego głosu. Był zimny, wyrachowany, pełen obojętności. Pasował jej. Skutecznie ukrywał prawdziwe myśli.
Widząca skinęła głową.
- Opuszczamy siedzibę organizacji. Więcej tu nie wrócisz, jeśli zostawiłaś cokolwiek…
- Nie zostawiłam.
Zielone oczy Miyoshi wpatrywały się w młodą kunoichi przez kilka sekund, po czym ruda odwróciła się powoli.
- Madara, zostawiam organizację tobie. W razie potrzeby, zgłaszaj się do nas. Ale tylko w razie potrzeby – powtórzyła dobitnie i zaczęła odchodzić, dając kunoichi znak dłonią, że ma iść za nią.
Oczy Miariko na chwilę zatrzymały się na postaci Madary. Zastanawiała się, czy jest na niego zła. Czy ta wściekłość, ta nienawiść, czy cokolwiek z tego zostało. Chciała coś powiedzieć, ale nagle nie znalazła takiej potrzeby. Pamiętała wszystko. Ale to „wszystko” przestało mieć znaczenie.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

czwartek, 28.sierpnia.2008, 22:43
Alleluja! Mylog zmartwychwstał i oby pozostał sprawny. Przeniosłam się chwilowo na onet, ale tam jest brzydko i fe. :D Gdyby coś znowu padło, leźcie tu [ ten sam adres, tylko na onet ;P]. A teraz zapraszam do czytania ;)
***


Gdy wreszcie odzyskała przytomność, pierwszym, o czym pomyślała, był fakt, iż wcale jej nie odzyskała. Wspomnienia…zniknęły. Zerknęła za okno: dzień. Może i dopiero ranek, bo słońce było nisko, ale… poczuła, jak serce staje jej w gardle. Suna? Już są w Sunie? Jakim sposobem, skoro z tego, co pamięta, nie mogli znaleźć drogi? Pamięta? Zamrugała parokrotnie i starała się przywołać wcześniejsze wydarzenia. Mętne, niejasne, pogmatwane. Próbowała przypomnieć sobie powód kłótni z Uchihą, ale jakoś nic nie przychodziło jej do głowy. Zaczęła po prostu wrzeszczeć i robić sceny? Potarła dłońmi skronie, próbując się skoncentrować. Wszystko przez te wizje, może miała kolejne pomieszanie fikcji z rzeczywistością? Czuła się jak człowiek, który właśnie ma problem z ustaleniem własnego imienia. I wcale nie było to dobre uczucie, szczególnie, jeśli doda się fakt, że pomarańczowa paczuszka zniknęła z torby.
Z zamyślenia wyrwały ją kroki, a chwilę później wejście Tobiego do pomieszczenia.
- O, Mia-chan! – zawołał wesoło i zamknął za sobą drzwi. Gdy upewnił się, że nikt już im nie przeszkodzi, zbliżył się kilka kroków. – Raczyłaś się obudzić – zironizował, ale już po chwili usiadł swobodnie w fotelu. – Nie martw się. Znaj moje miłosierdzie i wiedz, że pozwoliłem ci odespać festyn. Załatwiłem sprawę ze zwojami, dostałem pieniądze i jestem człowiekiem szczęśliwym.
W pierwszej sekundzie chciała mu brutalnie przypomnieć, że z człowieka zostało mu niewiele, ale zupełnie niespodziewanie poczuła skruchę. Najprawdziwszą, całkiem przygnębiającą skruchę, której wcześniej nigdy nie odczuwała. Nie miała w zwyczaju przepraszać, nigdy nie przyznawała się do błędu – chyba, że naprawdę nie miała innego wyboru. A teraz? Siedziała ze spuszczoną głową, czekając na reprymendę za wcześniejsze wydarzenia. Wreszcie spojrzała na niego z iście męczeńskim wyrazem twarzy i padła na kolana. Nie widziała jego miny przez maskę, ale wpatrywał się w nią nieruchomo. Chyba wolałaby, żeby krzyczał, żeby uderzył, żeby, jak to zawsze robił, stracił nad sobą panowanie. A on? Cisza, która brzęczała w uszach przestraszonej kunoichi.
- Madara-sama, ja przepraszam. – Przepraszanie zawsze przychodziło jej z trudem, dlatego głos miała cienki i bynajmniej nie przywołujący na myśl dzielnej Yoshitomi. – Znowu spieprzyłam, a gdybym poszła sama… zemdlałabym na pustyni i… - przełknęła ślinę, niemal czując na sobie jego palące spojrzenie. – Przepraszam! To się nie powtórzy, naprawdę, ja…
- Nie ma sprawy – przerwał jej spokojnie. Zdumiona podniosła przestraszone spojrzenie, ale wydawał się być zupełnie poważny, do tego mówił normalnie, nie udawał Tobiego. Jedynie palcami lekko uderzał o poręcz fotela, reszta sylwetki pozostawała nieruchoma. – Jesteś dobrą dziewczynką – dodał wesoło, ciągle jednak swoim głosem. – I z tej okazji wymyślimy ci nowe imię. Co ty na to?
Zamrugała parokrotnie. Żartował? Żartował w takiej sytuacji? Z drugiej strony, równie dobrze mógł mówić poważnie. W końcu wydawał się być poważny i jedyne, co ten wizerunek psuło, to słowa. Ale w końcu zmiana imienia nie jest taką tragedią dla kogoś, kto nie pamięta poprzedniego, prawda? Gdzieś w środku niej odezwał się cichy głos sprzeciwu, głos tak niewyraźny, że nawet nie wzięła go pod uwagę. Nie rozumiała, co ma wymyślanie imienia do spieprzenia misji, ale jeśli to ma być kara – niech będzie.
- Natsumo. – Przerwał ciszę i klasnął w dłonie, lekko pochylając się do przodu.
Ze wszystkich rozrywek Madary, manipulowanie innymi było zdecydowanie jego ulubioną i najbardziej skomplikowaną. Już po jednym spojrzeniu był pewien, że dziewczyna straciła wspomnienia. Musiał przesadzić z ziołami, zresztą były jakieś dziwne, owinięte w pomarańczowy papier… Ale nieważne. Liczyły się efekty, które właśnie klęczały przed nim i były gotowe przyjąć karę. Wymazać wszystko, całą osobowość? Czemu nie, w końcu z czasem trzeba próbować nowych rzeczy. – Od dzisiaj nazywasz się Natsumo! – powtórzył wyraźniej, ciekaw jej reakcji.
Wszystkie pytania znowu odsunęła w głąb podświadomości i uśmiechnęła się słabo. W tej chwili Madara wydawał jej się ojcem, jedynym wybawieniem od koszmaru rzeczywistości. Kimś, kto ją przygarnął, kto dał potęgę, kto pomógł, uratował życie, nadał nowe imię… A dlaczego to robił? To nie było ważne.
- Dziękuję, Madara-sama – szepnęła, ciągle nie ośmielając się podnieść.
Uśmiechnął się do siebie pod maską i uważnie obserwował, jak dziewczyna zupełnie poddaje się jego woli. A wszystko przy użyciu kilku roślinek i zdolności Miyoshi.
- Ależ nie ma za co, Natsumo-chan – odparł śpiewnym głosem. Nie mogąc opanować rozbawienia, parsknął radośnie.
Spojrzała na niego zdumiona, ale po chwili również się uśmiechnęła. A on stwierdził, że nigdy nie zrobił bardziej inteligentnej rzeczy, niż przygotowywanie sobie posiłków samodzielnie. Nie miał ochoty skończyć tak jak ona tylko dlatego, że Miyoshi pomyliła bazylię z jakimś paskudztwem, które jest w stanie wyprać mózg człowieka w niecałe kilka godzin.
***
Świat obracał się zdecydowanie zbyt szybko. Wszystko przyspieszyło, a on, zdumiony, śledził czarnymi oczami bieg wydarzeń. A biegły miarowo, koło siebie, kłócąc się o pierwszeństwo. Bo co było ważniejsze…?
Czy to, że ma znaleźć Kyuubiego i przynieść go Madarze?
Czy to, że powinien poćwiartować Deidarę, a ten jest na misji?
Czy to, że gdzieś tam Yoshitomi, że nie mógł spać, że każdy gest, że każda myśl, że każde słowo – obsesja.
Przymknął oczy i pozwolił sobie na chwilę relaksu. Uwielbiał noc. Lepiej widział, słońce nie raziło wrażliwych oczu, a i świat wydawał się bardziej przyjazny. Cichy. Spokojny. Stonowany. Jej słowa, tak boleśnie obojętne, po raz kolejny odbijały się echem w skołowanym umyśle. Umyśle, który rozpaczliwie starał się zamknąć przed upiornym spojrzeniem Madary lub Miyoshi. Ukryć myśli. Nie pozwolić im zrozumieć, nie pozwolić odkryć, że gdzieś tam, że gdzieś do bólu i do krzyku. Ocalić resztkę prywatności.
Ciche kroki za plecami wyrwały go z błogiego spokoju i kazały napiąć wszystkie mięśnie. Obejrzał się powoli.
W cieniu zamigotała mu sylwetka Lidera, który z lekko zmrużonymi oczami wpatrywał się w chłopaka. Itachi skutecznie ukrył zaskoczenie za maską obojętności i jak zwykle krótko skinął głową na powitanie dowódcy. Bez odpowiedzi. Rudowłosy stał nieruchomo i wątpliwe było, że w ogóle zawracał sobie głowę obecnością Uchihy. Itachi stłumił pełne irytacji prychnięcie i zeskoczył z dachu, na którym stali. Nie miał ochoty na żadne rozmowy o planach Brzasku ani na wywiad na temat demonów. Chciał spokoju.
Wejście do siedziby Akatsuki wymagało posiadania pierścienia. Bez problemu przeniknął przez gładką ścianę skały, by po chwili znaleźć się na jasno oświetlonym korytarzu. Zawsze zastanawiał go ten wystrój wnętrza – przejrzysty, jasny, bez zbędnych detali. Korytarze wyłożone drewnianymi deskami, pokój wspólny miękkim dywanem. Kominek, przyjemna kuchnia. Ciepłe kolory wykładzin, kafelków, pojedyncze obrazy na ścianach. Brak śladów krwi, brak brudu, brak chaosu. Wszystko sterylnie czyste i perfekcyjne, ład idealny pilnowany przez służbę. Czasem próbował odkryć, kto tak właściwie sprząta, ale słyszał jedynie szuranie nóg, niewyraźne szepty. Ilekroć wyskakiwał zza zakrętu, żeby się przekonać, służba znikała. A Miyoshi twierdziła, że nie ma to jak profesjonalna pokojówka, śmiała się i unikała wyjaśnień. Więc nie pytali. Olbrzymia metropolia, połączenie dziesiątek korytarzy, a gdzieś w tym ich pokoje, laboratorium, portale. Przez chwilę zastanawiał się, czy organizacja nie powinna wyglądać bardziej „przerażająco”, szybko jednak skarcił się za tą myśl. Po co? Sam pomysł był idealny – przy odrobinie szczęścia nawet przez cały tydzień można było uniknąć spotkania z innym członkiem Akatsuki. Samotność w labiryncie korytarzy.
- Zamyślony, zagubiony chłopiec w organizacji. – Usłyszał za sobą kobiecy głos. Nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, kto to. Ponuro stwierdził, że nie jest w stanie usłyszeć nawet pojedynczego kroku, a przecież musiała towarzyszyć mu spory kawałek.
- O co chodzi? – zapytał rzeczowo, skręcając w lewo i nie zaszczycając rudowłosej nawet spojrzeniem.
- O tramwaj, co nie chodzi – odparowała i nagłym pociągnięciem za ramię odwróciła go w swoją stronę.
Zmrużył oczy, ale nie zdążył zablokować uderzenia, gdy popchnęła go na ścianę. Odruchowo uaktywnił Sharingan, zapominając, że to Miyoshi. Rudowłosa Kiyoko przyglądała mu się przez chwilę poważnie. Zbyt poważnie, jak szybko ocenił. Nie śmiała się, tylko wwiercała w niego swoimi świecącymi, kocimi oczami. Zauważył, że jest bardziej blada niż zazwyczaj, a i pod oczami dostrzegł ślady bezsenności. Problemy? Czy zwykłe wizje?
- Pomóż jej – szepnęła, nagle niemal dotykając ustami ucha chłopaka. Ciągle przyciskała jego nadgarstki do ściany, nie pozwalając na chociażby minimalny ruch. – Przypomnij jej. – Znowu szept, który przyprawiał go o dreszcze i zabraniał się ruszać. Pierwszy raz odkąd dołączył do organizacji, była dla niego tą samą osobą, którą była rudowłosa Widząca od Hokage.
I nagle poluzowała uchwyt, wyprostowała się i uśmiechnęła złośliwie, jak to miała w zwyczaju. Uniosła brew, skutecznie wywołując iluzję beztroski. Brutalnie wręcz oderwała słowa sprzed sekundy od chwili obecnej, zmierzyła go krytycznym spojrzeniem i odwróciła się energicznie.
- Co się gapisz, Uchiha? Lepiej potrenuj – rzuciła na odchodnym, zostawiając po sobie stukot obcasów, zapach perfum i setki niedokończonych pytań.
Zrezygnowany wpatrywał się w abstrakcyjny obraz na ścianie naprzeciwko. Powoli osunął się do pozycji siedzącej, nie odrywając spojrzenia od chaosu na płótnie. Chodziło o Miariko?
A o kogo innego chodzi, odkąd spotkali się te dziesięć lat temu?
Czasem miał ochotę krzyczeć. Krzyczeć tak głośno, żeby zapomnieć, żeby wyrzucić z siebie te wszystkie emocje. I im bardziej chciał krzyczeć, tym bardziej dobitnie milczał.
***
Powrót z Suny był przerażająco monotonny i spokojny. Madara wydawał się być pochłonięty własnymi myślami, a ona, zupełnie wypoczęta, marzyła o usłyszeniu głosu Tobiego i rozerwaniu się chociaż na chwilę. Z drugiej strony ciągle próbowała wrócić wspomnieniami do przyczyny felernego wypadku – i ciągle bez skutku. Tak jak nie potrafiła przywołać nazwy rodzimej wioski, ani żadnych konkretnych wydarzeń z dzieciństwa. Gdzieś tam odbijał się Itachi, potem jakiś Shisui, którego powodu istnienia w ogóle nie kojarzyła. Wspomnienia pojawiały się, ale tylko po to, żeby zniknąć po paru sekundach, rozwiać się bezpowrotnie. Podświadomie czuła, że to źle, że coś się dzieje, ale nie potrafiła nazwać ani tajemniczego milczenia Madary (którego zadziwiająco dobrze pamiętała), ani własnej amnezji.
- Madara-sama?
- Hm? – Nawet na nią nie spojrzał, ciągle zajęty własnymi rozmyślaniami.
- Z jakiej jestem wioski?
Odwrócił głowę w jej stronę i, była tego pewna, uniósł lekko brew. Zawsze tak robił, gdy coś go zdziwiło, pamiętała. Właściwie, jedyną postacią, która zarysowała się w jej umyśle wyraźnie, był on. Z tyłu widniała Miyoshi, której umysł Miariko przypisał status mentorki, potem Deidara, którego skojarzono z uśmiechem i beztroską, a na końcu Itachi – bez żadnego wyraźnego powodu.
- Nie pamiętasz? – prychnął, skutecznie kryjąc za zdumieniem narastające rozbawienie. – Z Konohy.
- Ach. – Skinęła głową, ale nie odważyła się zapytać o więcej. Wydawał się być zażenowany jej brakiem wspomnień, a ona nie chciała po raz kolejny udowadniać swojej bezużyteczności. Chyba domyślił się, o co chodzi, bo łaskawie klepnął ją po ramieniu.
- Ale nie byłaś tam długo, jeśli tego też nie pamiętasz. Miyoshi cię zabrała, gdy twoi rodzice zginęli na misji – ciągnął, ciekawy, jak daleko może posunąć się z kłamstwem. Swoją drogą, był szczerze zafascynowany jej chwilową amnezją. A może nie chwilową? Jak by na to nie patrzeć, nigdy nie pytał Kiyoko o dawkę ziół, którą należy podawać - ot, sypnął na oko. Wyprał jej mózg? Takie rozwiązanie wydało mu się szalenie zabawne. – I znałaś Deidarę, więc hodowała was razem.
- Miyoshi? – powtórzyła, ale szybko się poprawiła. – Wiem przecież! Cholera, nie wiem, co się ze mną dzieje, Madara-sama – pożaliła się, trąc dłonią skroń. – Coraz mniej pamiętam i jakoś tak…
- Nie przejmuj się – pocieszył ją wspaniałomyślnie. – Jak wrócimy, Miyoshi da ci jakieś ziółka.
Przyjęła tę wiadomość z ulgą, a on błogosławił w myślach pomysł noszenia maski. Uśmiech nie chciał zejść z jego ust nawet na sekundę, a szaleńcza myśl „jestem tatusiem, wychowam sobie córeczkę!” odbijała się echem w głowie. Bo co jest lepszego na zabicie nudy, jak wymyślenie komuś całej przeszłości, zaplanowanie przyszłości i sterowanie teraźniejszością? Chyba tylko ciasteczka cynamonowe. Tak, myślał, tylko ciasteczka cynamonowe są lepsze od takiej zabawy. Postanowił poczęstować ją najwspanialszym wytworem cukierniczym świata. O ile będzie pamiętała, jak przeżuwać.
Resztę drogi wymyślał jej życiorys, szybko opowiadając niestworzone historie i karmiąc ogłupiałą kunoichi coraz to nowszymi rewelacjami. I tak Deidara został jej dozgonnym przyjacielem, na którym polegać można zawsze (co przy skrajnym egoizmie artysty wydało się Madarze szalenie dowcipne), Miyoshi srogą, ale dobrą nauczycielką, organizacja drugim domem, a wszyscy jej członkowie – rodziną. Dziewczyna wydawała się nieco sceptyczna, nawet próbowała w pewnych momentach oponować, ale shinobi coraz bezczelniej utwierdzał ją w przekonaniu, że prawda należy do niego. A ona słuchała, stopniowo zaczynając wierzyć w długie wspólne mieszkanie, liczne podróże i relacje niemal równie piękne, jak wzorowe ojciec-córeczka.
- A Itachi? – zapytała nagle, zupełnie niespodziewanie natrafiając na ślad takiej postaci w swojej przeszłości. Mdłości wywołane przedawkowaniem ziół nie dawały jej spokoju, ale powoli się uspakajała – przynajmniej miała kogoś, kto przypomniał jej przeszłość.
Obruszył się nieco i kopnął w najbliższy kamyczek, który poszybował w przestworza.
- E, nieważny. Twój dobry kumpel z dzieciństwa, ale o coś tam wam poszło, nie trzymacie się. No, ale jest w organizacji, więc… - zawahał się, przez chwilę szukając odpowiedniego rozwiązania tej sytuacji – więc bądź dla niego miła, bo będzie zdziwiony! – zakończył wesoło, wyobrażając sobie zszokowaną minę ucznia. Ostatnia rozmowa Yoshitomi i Uchihy nie należała do najprzyjemniejszych, a teraz… Znowu stłumił śmiech.
Pokiwała głową, ale wyraźnie bez entuzjazmu i resztę drogi pokonała w milczeniu. Przestał się nią interesować, więcej uwagi poświęcając planom organizacji.
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

karta III

środa, 6.sierpnia.2008, 21:47
Notka długa, ale wyjeżdżam w piątek rano i nie będzie mnie przez cały tydzień... tak więc postanowiłam nadrobić przyszłą zaległość. ;)
Enjoy.

***

Misja. Przydzielić jej tak nudne zadanie, polegające na zwykłym wybiciu tych, których trzeba było wybić i zwykłym przypomnieniu o konieczności wnoszenia opłat… Jak on mógł. Jej, biednej, skacowanej, zmęczonej… Westchnęła i z ciężkim sercem przerzuciła przez ramię torbę podróżną. Suna, huh? Niech i będzie, chociaż nie cierpi pustyni. Najgorsze jest to, że…
- Mia-chaaaan, idziemy! – Drzwi otworzyły się z głośnym hukiem, a w progu, machając swoją torbą podróżną, stał Tobi.
Mogła przysiąc, że pod tą cholerną maską szczerzył zęby w głupim uśmiechu. Spojrzała na niego z dezaprobatą. Czy udawanie idioty jest aż tak fascynujące? Nikogo tu nie ma, to rezydencja jego i Miyoshi, jedynie od czasu do czasu pojawia się jakiś członek organizacji… A to i tak tylko i wyłącznie za ich pozwoleniem.
- Nikogo tu nie ma, Madara.
- Do kogo Mia-chan mówi? – zdziwił się śpiewnym głosem chłopak, a sekundę później w otworze na oko błysnął Sharingan. – I to w tak niegrzeczny sposób? – zakończył lodowatym głosem Madary, nie odrywając od niej czerwonego spojrzenia.
Prychnęła i minęła go, bez słowa wychodząc z komnaty. Jeśli myśli, że zastraszy ją zwykłym Sharinganem… Chakra mężczyzny zawirowała w powietrzu, a po plecach dziewczyny przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Urażona męska duma – przemknęło jej przez myśl, gdy z ciężkim westchnieniem odwróciła się do niego przez ramię.
- Ostatni raz, Madara-sama – powiedziała cichym, zrezygnowanym głosem.
Tobi podskoczył radośnie i energicznie poczochrał ją po głowie.
- Mia-chan jest naprawdę grzeczną dziewczynką!
Już prawie przełknęła cisnące się na usta przekleństwa, gdy wtem, niczym łaska boska, na schodach pojawił się Hidan. Niezbyt ją obchodziło, jakim cudem się tu dostał i czego właściwie chciał, ale był pretekstem. Wspaniałym pretekstem. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu i z całej siły kopnęła Tobiego, posyłając go w dół po stopniach. Przy Hidanie, Madara nie mógł nic zrobić, był bezradny. Jego udawana postać – Tobi – nigdy nie oddałby „silniejszej” Yoshitomi. Teraz dziewczyna napawała się chwilą i tym, że właśnie pierwszy raz kopnęła Madarę tak porządnie. Hidan bez większego zainteresowania Tobim uśmiechnął się do Miariko.
- Dokąd idziesz, kochanie? – Yoshitomi z rozbawieniem obserwowała jak jego dłoń przeczesuje włosy. – Widząca przesyła ci paczkę. – Wręczył jej owiniętą pomarańczowym papierem, dosyć ciężką paczuszkę.
- Dzięki – mruknęła, zdumiona patrząc na przesyłkę. – Co to za beznadziejny kolor?! – wrzasnęła po sekundzie, wskazując na świecący pomarańcz.
- Pomarańczowy jest ładny, Mia-chan. – Usłyszała za sobą grobowy, wróżący niechybną śmierć głos Madary. Obejrzała się przez ramię, napotykając równie pomarańczową jak papier maskę Tobiego. Zamrugała. I tylko tyle zdążyła zrobić.
- Ouuuu… - Hidan zmrużył lekko oczy, śledząc lot Yoshitomi i oceniając siłę, z jaką wywaliła z zawiasów drzwi własnego pokoju, a potem wylądowała pod ścianą. Potem przeniósł nieco zdumione spojrzenie na Tobiego. Już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, gdy ten roześmiał się swoim standardowym, głupim śmiechem.
- Haha! – poczochrał włosy dłonią i w podskokach zbiegł ze schodów. – Misja, Mia-chan! – krzyczał jeszcze, znikając za zakrętem.
Miariko podniosła się z trudem łapiąc oddech. Właściwie, nie wiedziała, czym oberwała najpierw. Czy nogą, czy pięścią, ale na pewno oddał jej za wcześniejsze. Ponuro stwierdziła, że gdyby nie przyzwyczajenie do Miyoshi, na pewno by ją zabił. A przynajmniej pozbawił przytomności. Bez słowa, nieco kulejąc, minęła zszokowanego Hidana. Właściwie, to jego mina była całkiem zrozumiała. W końcu do tej pory Tobi potrafił tylko uciekać.
- Tobi skopał ci tyłek. – usłyszała kpiący głos zza pleców.
Łup.
- Musiałam się na kimś wyładować – tłumaczyła sobie chwilę później, zostawiając nieprzytomnego Hidana na schodach, a paczuszkę w szufladzie w pokoju. Przynajmniej usunęła mu wspomnienia, nie będzie pamiętał incydentu z Tobim… Zaklęła w myślach. Kolejne drzwi do wymiany.
Czekał przed wyjściem, z zafascynowaniem godnym uznania dłubiąc w ziemi. Uniosła lekko brew i minęła go bez zatrzymania. Odezwała się dopiero, gdy zrównał z nią kroku i oddalili się nieco od budynku rezydencji.
- To bolało – oświadczyła ponuro, ciągle rozmasowując potylicę.
- Miało boleć, Mia-chan! – zawołał paradoksalnie wesołym głosikiem, a ona poczuła, jak robi jej się słabo.
Madara naprawdę uwielbiał ten teatrzyk i robienie z siebie idioty. Swoją drogą, czasem zastanawiała się, czy naprawdę nie ma problemów z osobowością. Z drugiej jednak strony był przecież świadomy, zawsze ona i Miyoshi mogły doszukać się w nim tego prawdziwego Uchihy, który bez litości wyrżnął wraz z Itachim cały klan. Zerknęła na niego, jak lekkim krokiem lezie koło niej i rozgląda się dookoła. Naprawdę mu się podoba? Fakt, był tak długo w ukryciu, praktycznie w ogóle nie wychodził na światło dzienne… Więc może ma zwyczajną potrzebę zobaczenia świata raz jeszcze? Skarciła się za te myśli i odwróciła wzrok. Nonsens. Madara i Miyoshi nie mają w sobie niemal nic z człowieczeństwa. Jak istota, która rozwinęła się tak bardzo, która dokonała takich czynów, jak ktoś taki mógłby tęsknić do codziennego świata? Co, nagle zabrakło mu kwiatków i motylków? Nonsens.
- O czym Mia-chan myśli? – odezwał się tuż koło jej ucha.
Podskoczyła, obdarzając mężczyznę chłodnym spojrzeniem.
- Po co idziesz ze mną na misję? Nie dałabym sobie rady sama?
Mogła przysiąc, że uśmiechnął się po tą wstrętną maską. W każdym razie, widziała wesoły błysk w jednym oku.
- Dałabyś sobie – odparł normalnym głosem i wzruszył ramionami, a po chwili energicznie poczochrał ją po włosach. – Tobiemu się nudziło! – zakończył entuzjastycznie, robiąc kilka pokaźnych susów do przodu.
Postanowiła dyplomatycznie milczeć.
***
- Myślisz, że długo wytrzyma?
Miyoshi nawet nie podniosła głowy, zbyt zajęta wsypywaniem kolejnych łyżeczek cukru do kawy. Trzy, cztery, pięć…
- Mówiłam, żebyś mówił do mnie „senpai”. – Przekrzywiła lekko głowę i skończyła na „siedem”, po czym sięgnęła po mleko.
- Myślisz, że długo wytrzyma? – powtórzył, ignorując uwagę kobiety.
Zamieszała srebrną łyżeczką i przez chwilę gmerała w szafce nad ladą. Wreszcie wyjęła miseczkę z ciasteczkami i, biorąc w drugą dłoń kawę, odwróciła się w jego stronę.
- Jesteś pewien, że nie chcesz herbaty, kawy? Może ciasteczek? Cynamonowe – dodała ze słyszalnym uwielbieniem w głosie. Nie czekając na odpowiedź, usiadła przy stole.
Policzył w myślach do dziesięciu i spojrzał na nią zrezygnowany. Czy odpowiedź na jedno, proste pytanie jest aż tak skomplikowana?
- Nie, dziękuję, senpai. Zapytam po raz trzeci, senpai – zaakcentował ironicznie tytuł – myślisz, że długo wytrzyma?
Odstawiła kubek na blat i dłuższą chwilę milczała, odchylając głowę do tyłu. Powoli opuściła powieki, najwyraźniej nad czymś się zastanawiając. Gdy zatrzymywała się w takim zupełnym bezruchu, naprawdę wydawała mu się stara. Widział zmęczenie na teoretycznie nienaruszonej czasem twarzy, a wszystkie krzyki, wszystkie żarty, wydawały się tylko źle odgrywaną parodią życia. Lubił ją. Nagle odkrył, że naprawdę lubił swoją nauczycielkę, która jako pierwsza nauczyła go zabijać naprawdę. Naprawdę i bez żadnych wyrzutów sumienia.
- Powinieneś poprawić akcent słowa „senpai”, ale skoro pytasz już trzeci raz… - Wyprostowała się i spojrzała na zniecierpliwionego Peina. Kąciki jej ust powędrowały do góry, gdy obserwowała narastające napięcie na jego twarzy. – Chyba jednak potrzymam cię w niepewności. – rozmyśliła się i leniwym ruchem uniosła kubek do ust.
Bez słowa podszedł do czajnika, nalał wody do kubka, potem wrzucił do owego kubka torebkę od herbaty, dwie łyżeczki cukru i usiadł naprzeciwko Miyoshi. Siląc się na spokój, wgryzł się w jedno z cynamonowych ciasteczek i spojrzał na nią zrezygnowany.
- No wiedziałam, że masz ochotę na herbatę! – Uśmiechnęła się ironicznie i zabębniła palcami w stół. – To już rok, nie? Niedługo powinniśmy obniżyć nieco zastosowanie ziół, przy takim natężeniu…
- Obniżyć zioła? – Wyglądał na naprawdę zaskoczonego. – Dopiero od dwóch miesięcy chodzi na misje.
- Tak, ale dziesięć wcześniejszych siedziała w mojej piwnicy, prawda? Myślisz, że nic tam nie dostawała? – ruda prychnęła krótko i napiła się kawy. – Jak tak dalej pójdzie, już nigdy nie odzyska wolnej woli i wspomnień…
- I co z tego? – przerwał jej. – Jest tylko narzędziem Madary, prawda? Chyba nie zamierzamy hodować jej dłużej, niż to konieczne?
Przez chwilę przyglądała mu się badawczo, po czym pokręciła głową. Wzięła ciasteczko, ale nie ugryzła go, tylko uśmiechnęła się kwaśno.
- Jesteś prawdziwym skurwielem, Nagato – stwierdziła poważnie.
Zaśmiał się, chociaż niewiele miało to ze szczerym i wesołym śmiechem wspólnego.
- Cóż poradzę? – wziął łyka herbaty i kontynuował. – Nie powiesz mi, że się nie zgodzisz. Mówisz „nie odzyska wolnej woli”, a czy już teraz jest jakaś szansa? Spotkała się z Uchihą i co? Wyśmiała go, była bardziej zajęta Deidarą. Nie ma szans, żeby kiedykolwiek myślała samodzielnie. Jest pod zupełnym wpływem Madary. Swoją drogą, musiał bawić się wyśmienicie, najpierw wysyłając na festyn Itachiego, a potem, stojąc kilka metrów dalej, wciskając Yoshitomi to śmieszne „nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia”.
Miyoshi przytaknęła lekko i wzięła kolejne ciasteczko. Wydawała mu się wyjątkowo zmęczona, jakaś bardziej blada i bardziej ponura, niż zazwyczaj. A nade wszystko poważna. Nienaturalnie poważna.
- Tak. Bawił się świetnie.
Zapadła cisza, podczas której próbował zrozumieć zachowanie rudej. Mówiła trochę tak, jakby zależało jej na dziewczynie, a przecież… przecież już dawno przekreślili szanse Yoshitomi na samodzielne funkcjonowanie. Trzymali ją dziesięć miesięcy w ciemnej piwnicy, praktycznie bez jedzenia, zmuszając do utrzymywania organizmu w stanie przytomności. Przełamała granicę, właściwie umarła, a potem, zgodnie z zastosowaną techniką, posiadła moce Widzącej. Po tym wydarzeniu ciągle walczyła – zadziwiająco długo, jak stwierdził Madara – ale wreszcie się złamała. A potem podano jej zioła i wstrzyknięto specjalne mechanizmy, które blokowały dopływ wspomnień. Zioła otumaniały, ale i zostawiały jej umysł zupełnie otwarty dla Madary, na wszelki wypadek, gdyby kiedyś przełamała barierę obojętności i spróbowała wyrwać się spod kontroli.
- A może naprawdę jej obojętne? – przerwała milczenie Miyoshi. – Może spróbować chociaż obniżyć dawkę, podarować jej nieco więcej świadomości…?
Skrzywił się.
- Absurd. Po co jej? I tak jest na tyle świadoma, że wie, kto to Itachi. Została jej nawet pamięć o tym, że kiedyś byli przyjaciółmi. Madara mówił, że usunął wspomnienia walki i kłótni, a zostawił te dobre, chociaż niezbyt nasilone, żeby nie zaczęła się zastanawiać, dlaczego już się nie przyjaźnią – mówił z nutą rozbawienia w głosie. – Swoją drogą, z niego też straszny skurwiel, co? – Tym razem wygiął usta w paskudnym, złośliwym uśmiechu.
Nie odwzajemniła uśmiechu, za to wzięła kolejny łyk kawy i przytaknęła.
- Z niego nawet większy.
Znowu się zaśmiał, znowu tak krótko i sztucznie.
- Więc, o co chodzi? Dziewczyna daje radę.
Zmrużyła lekko oczy.
- Wątpię, Nagato, żebyś mógł nazywać to dawaniem sobie rady.
Duszkiem wypił prawie cały kubek wywaru i odstawił naczynie na stół. Spojrzał na nią spokojnym, niczego nie wyrażającym wzrokiem.
- Nie ma już Nagato, jest Pein. Używaj właściwego imienia. Tak jak nie ma naszej małej, wojowniczej Miariko, tylko jest Yoshitomi. W gruncie rzeczy, przydałoby się dać jej nowe imię. To może być kłopotliwe w przyszłości.
Znowu dłuższą chwilę milczała, jakby kłócąc się sama ze sobą. Najwyraźniej taki obrót spraw jej nie pasował, bo zirytowana wypiła kawę do końca i wzięła kolejne ciasteczko. Postanowił nieco ją pocieszyć, tak na wszelki wypadek.
- Senpai, daj spokój. Powinnaś się rozerwać.
- Sam się rozerwij – burknęła, tym samym kończąc rozmowę i odchodząc od stołu. Zniknęła za kuchennymi drzwiami.
Westchnął, zrezygnowany wsłuchując się w stukot obcasów. Powinien złożyć raport z tej rozmowy, w końcu jeśli Kiyoko spróbuje ratować dziewczynę… Potarł dłońmi skronie i zawiesił wzrok na jednym punkcie. Czasem naprawdę chciał już to wszystko skończyć, odpocząć, odetchnąć. Bo, w gruncie rzeczy, po co komu władza nad światem?
Sprawiedliwość i patriotyzm.
Dopił resztkę herbaty i też wstał. Nie może się poddać. To dla wioski. Żeby już nigdy nikt jej nie najeżdżał i nie niszczył. Skoro jest ich bogiem, nie może teraz się wycofać. Przecież bóg nigdy się nie męczy i nie rezygnuje, prawda? Uśmiechnął się. Za wszelką cenę do celu.
***
Nie miała pojęcia, dlaczego szli tak długo. Pomyliła drogę? Zirytowana spojrzała na Madarę, ale ten, ciągle udając Tobiego, nie wydawał się być żadną pomocą. Po prostu skakał i kopał w piasku, choć mogłaby przysiąc, że robił to mniej energicznie, niż na początku. „Mniej energicznie” – powtórzyła w myślach i prychnęła ze złością. Sama ledwo żyła. Kręciło jej się w głowie, miała duszności. Może gdyby wyszli na misję po spokojnej, przespanej nocy, ale w tych okolicznościach… Musiała odpocząć. Ale jak niby odpocząć na środku pustyni? Niekończąca się duchota. Zacisnęła zęby. Nie może pokazać mu, że jest słaba. Za słaba, żeby się przydać.
- Mia-chan! Źle wyglądasz – oświadczył pogodnie, przechylając głowę na bok i nagle znajdując się zdecydowanie za blisko jej nosa.
- Zamknij się! – wrzasnęła, robiąc zamach i omal nie trafiając go pięścią w maskę. – Nie możesz się wreszcie uspokoić?! Biegasz i biegasz, jakbyś miał jakieś robaki w tyłku, do jasnej cholery! Jesteś poważnym shinobi, czy nie?! – Sama nie wiedziała, dlaczego dała się aż tak bardzo wyprowadzić z równowagi, ale wystarczyło, że teraz dyszała ze złości i była w stanie rzucić się na niego z gołymi rękoma.
Zaśmiał się, a Miariko przeszedł dreszcz. To już nie był śmiech Tobiego, to był chichot Madary, który najwyraźniej wszystko przewidział. Shinobi stał z dłońmi opartymi na biodrach i przyglądał się jej uważnie. Zresztą, kto go wie na co patrzył, maska zasłaniała twarz skutecznie.
- Jesteś zmęczona, Mia-chan? – zapytał jadowicie, robiąc krok do przodu.
Coś w niej eksplodowało, jakieś tłumione poczucie niesprawiedliwości i chęć odzyskania wolności. Nagle poczuła się wykorzystywana, porwana, odcięta od świata – a wszystko to przez niego.
- Skończ ten pieprzony teatr! Tak, jestem zmęczona! Jestem zmęczona i skacowana, mam dosyć, nie powinnam chodzić na misje! Misje są dla członków organizacji, nie dla mnie, a ty o tym nie pamiętasz! Jestem kobietą! Jestem dziewczyną! Mam pieprzone piętnaście lat, a ty wysyłasz mnie na mordercze misje, w których…
Przerwał monolog brutalnym ciosem w brzuch. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, przeraźliwy ból nie pozwalał ustać na nogach. Kaszlnęła i miękko osunęła się na kolana u stóp mężczyzny. Chęć walki jakby przycichła, ustępując miejsca wyczerpaniu.
- Uspokój się. – Miał głęboki, spokojny głos. Głos, który nie tolerował nieposłuszeństwa i scen takich, jak ta przed chwilą, ale który wydawał się czymś pewnym, czymś oczywistym, zawsze obecnym. Przez chwilę nie wiedziała, czy powiedział to głośno, czy tylko użył telepatii, ale w końcu nie to było ważne.
Poddała się. Pomimo zaciśniętych mocno zębów, łzy cisnęły się do oczu i nieposłusznie kapały na rozgrzany piasek. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy podparła się dłońmi i potrząsnęła głową. Nie potrafiła nie płakać, ale równocześnie wiedziała, że nie powinna nic mówić. Nie dać mu poznać, że… Przecież i tak wie. Ta ponura świadomość, która pojawiała się raz na jakiś czas. Ponura świadomość, że Madara zna każdy jej ruch, że wszystkie myśli ma podane jak na tacy. Nauczyła się nie myśleć. Nauczyła się nie wspominać, nie roztrząsać, nie poddawać w zastanowienie. Wyrobiła w sobie nawyk unikania głębszych refleksji, porzuciła wyrzuty sumienia. A teraz, w momentach takich jak te, wszystko wracało. Chciała być wolna. Chociaż przez chwilę. Przecież gdzieś tam, głęboko w podświadomości, ciągle siedziała Miariko. Zbyt słaba, żeby walczyć, ale ciągle zbyt silna, żeby dać o sobie zapomnieć.
- Łzy są dla przegranych – poinformował ją Madara spokojnie i przyklęknął, zatrzymując pomarańczową maskę zaledwie kilka centymetrów od zapłakanych oczu młodej Widzącej.
Usta jej drżały, gdy potrząsnęła energicznie głową. Poczucie niesprawiedliwości odezwało się znowu, tym razem wywołując głęboki żal.
- Madara-sama – szepnęła łamiącym się głosem. – Wypuść mnie.
Drgnął, uważnie obserwując dziewczynę. Przebłysk świadomości? Podniosła wzrok i wpatrywała się w pomarańczową spiralę przykrywającą jego twarz. Uśmiechnął się, a potem jednym ruchem usunął maskę. Widział nadzieję w żółtych oczach, gdy odkładał oblicze Tobiego na bok.
- Przykro mi, ale muszę odmówić – odparł równie spokojnie, jak wcześniej.
Nawet nie próbowała walczyć, gdy w jego oczach zalśnił Sharingan. Po prostu zemdlała, padając prosto w ramiona mężczyzny. Westchnął i pokręcił głową, sięgając do torby dziewczyny.
- Jejku, jejku, chyba nie wzięłaś z tego wszystkiego ziółek – mruknął do siebie, szperając po kieszeniach. Wreszcie znalazł właściwe pudełeczko. – No, to czas na postój i małą kolacyjkę – oznajmił dziarsko. Założył maskę, przeczesał palcami włosy i zniknął, by kilka sekund później pojawić się na uliczce Suny.
- A mówią, że małe spacerki dobrze robią na kaca – mruknął do siebie z rozbawieniem, zerkając na nieprzytomną dziewczynę.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi:

karta II

poniedziałek, 4.sierpnia.2008, 14:57
Yatta! ^^ Dodaję nową notkę, ale zanim zaczniecie czytać, mam małe ogłoszenie. Ekhem.
POTRZEBUJĘ KOGOŚ, KTO WYKONA MI SZABLON!
W sieci są miliony brzydkich, bezsensownych szablonów, których nie mogę znieść. Jeśli ktokolwiek z was ma chociażby adres strony z naprawdę ładnymi szablonami anime - proszę o pomoc! O.O Wasza Mya jest w potrzebie, kona, boi się przerażających, brzydkich szablonów i nie wie, co ma zrobić. Ten, kto przyjdzie z pomocą, może zrobić z Itasiem co tylko chce ^^'
Itaś: [szarpie się i próbuje wypluć knebel oraz rozwiązać krępujące nogi i ręce liny].
Ekhem... No, to zapraszam na notkę. :)
***



Festyn zadziwiał. Wprawiał ją w stan podobny upojeniu i odsuwał na bok wszystkie złe myśli. Śmiała się, obracała w tłumie różnokolorowych yukat, wymieniała uśmiechy, żarty i często dziecinne gesty z prawie każdym, kto tylko wydał się odpowiedni. Kolorowe lampiony, uliczni aktorzy, tłum ludzi. W „Deszczu” już dawno nie było tak wesoło. Nigdy nie było tak wesoło. Ktoś ją pozdrowił, inni usuwali się z drogi. Śmiała się.
Zabić ból.
Rozpaczliwa myśl kołatała się gdzieś w podświadomości, nawet nie do końca ujawniając swoją obecność.
Zabić samotność.
Tańczyła z roześmianym Deidarą, wpatrywała się w jego wirujące na wietrze włosy, w błękitne oczy. Niebo. Znajdowała w tych oczach błękit nieba, po którym tak bardzo lubił latać. Śmiała się.
Paradoks!
Przecież woli czarne. Czarne. Nic. Pusto, czarno, zimno. Bez błękitu, za to z soczystą czerwienią, w której topi się cała rzeczywistość.
Zatoczyła się, złapała stojącą na stole butelkę. Wyszczerzyła zęby do jakiegoś shinobi, który cofnął się kilka kroków. Wlepił wzrok w pierścień na jej palcu. Ile to już lat odkąd opuściła wioskę? Dopiero rok. Rok treningów, rok koszmaru, rok samotności, rok… Pociągnęła z gwinta, a ciecz rozlała się falą gorąca po organizmie. Rok rozkosznej wolności. Nieprzyzwoicie uprawniona do robienia wszystkiego, do zmuszania innych, żeby to wszystko robili.
- Pij! – Wcisnęła sake nieznajomemu i raz jeszcze się zaśmiała. Co ona wyrabia? Myśli prześcigały się jedna z drugą, gdy czekała na jego reakcję. Wszystko przez Uchihę? Nie zależy jej! Chrzani to wszystko, ma zioła, ma techniki, ma potęgę. Nie zależy. Nieważne.
Drgnął. Drżącymi rękami wziął butelkę i ostrożnie, nie odrywając od dziewczyny oczu, skinął głową. Wiedział, że nie może odmówić.
- Hai, Yoshitomi-sama… - wymamrotał i przyłożył butelkę do ust. Nie wypił ani kropli, za to po chwili oddał sake Miariko. Urażona wyrwała mu trunek z dłoni.
Złość. Zwykła chęć uderzenia, pokazania, zatriumfowania. Uderzyła. Na odwal machnęła ręką, a on nie próbował uniknąć. Upadł na ziemię, uderzając kolanami o kamienną uliczkę.
- Miałeś pić! – wrzasnęła, tym razem go kopiąc. Zero odpowiedzi, jedynie zdziwione spojrzenie. Aż tak bardzo się boi?! Kogo?! Była wściekła. Boi się Akatsuki? Boi się jej? Miyoshi? – Chlej! – Sake wylądowała na jego głowie i twarzy. Miariko kopnęła raz jeszcze, znowu na odwal, znowu klnąc na niego w myślach. Odmówił picia z nią! Jęknął i zgiął się w pół. Zakaszlał, rękawem ocierając twarz z alkoholu. Przechodnie omijali ich szerokim łukiem, zaledwie kilku spojrzało, zaledwie kilku się zainteresowało. Widząc Miariko, odchodzili w milczeniu dalej. Elita. Wyskoki elity były pomijane milczeniem.
- Yoshitomi-sama, ja… - zaczął drżącym głosem.
- Gówno mnie obchodzi, co ty! – Kolejne kopnięcie, kolejny histeryczny napad śmiechu. Znowu się napiła, świat znowu zawirował. Dno butelki zabłyszczało ostrzegawczo, wyrzuciła ją przed siebie, w cholerę. Może, przy odrobinie szczęścia, trafi Uchihę w łeb.
Delikatna dłoń na ramieniu, tak znajomy zapach i głos. Obejrzała się przez ramię, żeby napotkać ten nieszczęsny błękit nieba, w którym tak nierozważnie chciała się utopić.
- Dei-kun. – uśmiechnęła się do niego szeroko, zapominając o klęczącym facecie.
Odwzajemnił uśmiech, choć w oczach, chłodno rozglądających się dookoła, nie znalazła nawet krzty ciepła. Jak zawsze zresztą. Widziała tam tylko pasję, tylko szaleństwo, nierozważność i niekończące się samouwielbienie. Potrząsnął głową i złapał ją mocno za rękę.
- Chodź, un. Do karczmy.
Odkąd spotkała go na pustyni, odkąd uratował jej wtedy życie, zanim jeszcze wszystko się spieprzyło… od tamtego momentu zawsze chciała mówić do niego „Dei-kun”. I teraz tak właśnie mówiła, a mimo to, wszystko było ciągle takie samo. Zachwiała się, w ostatniej chwili łapiąc ramię artysty. Bez słowa pozwoliła zaprowadzić się do karczmy.
***
Otaczała go cisza. Wszyscy członkowie organizacji byli na festynie. Nawet Kisame poszedł, zresztą, co to za różnica? Bezmózga ryba, której nikt nie potrzebuje. Właściwie, nikt z tej organizacji nie jest potrzebny światu. Silni, zazwyczaj głupi i zapatrzeni w siebie, znajdujący przyjemność w zadawaniu innym bólu. W walce rozwalali, nie myśleli, niszczyli. A przynajmniej na takich wyglądali. Cały długi rok znosił ich towarzystwo, a mimo tego żadnego nie polubił. Polubił? A czy on kiedykolwiek kogoś lubił?
- Dwie osoby. – Głosik w umyśle przypomniał o zerwanych więzach przyjaźni. Shisui. Ciągle pamiętał… I ona. Przez ten potwornie długi rok był pewien, że już jej nie spotka. Że najwyżej gdzieś przypadkiem, że gdzieś podczas misji. A tymczasem? W wiosce, w której przebywał Pein, u boku Deidary, razem z Miyoshi…
Zimno.
Było mu cholernie zimno. Gdy wyżywał się na Kisame, gdy chłodno odparł Peinowi, że gdzieś ma te wszystkie zabawy, gdy potem trenował ponad trzy godziny, nie robiąc ani jednej przerwy. Było mu zimno, gdy zanurzał się w gorącej wodzie w wannie, gdy wpełzł wreszcie pod kołdrę i nakrył się nią tak, jak tylko się dało najbardziej. Jak bardzo był szczęśliwy, że nikogo nie ma. Nikt nie widział, jak Uchiha Itachi, morderca swojego klanu, leży w łóżku i trzęsie się z zimna. Przeziębienie?
Grypa. Grypa o wdzięcznej nazwie Yoshitomi, która pojawiła się znikąd i donikąd polazła. Bo co mogła tam znaleźć, w tym tłumie pustych, kolorowych świecidełek? Czego szukała, gdy wtedy odeszła bez słowa, bez wyjaśnienia. Omal jej nie zabił. Do cholery, skopał jej tyłek, zostawił praktycznie martwą! Torturował ją! Według teorii, którą ułożyła rok temu, zamordował jej rodziców i chłopaka! Zniszczył jej życie, przekreślił je czerwoną farbą, a ona co? A ona mówi „nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia” i śmieje się tak, jakby nic się nigdy nie stało?! Zagryzł wargę ze złości. Kłamie. Okłamuje siebie, okłamuje jego, gra nieczysto. Miała go zabić. Obiecała mu, a teraz? Bawi się na festynie, podczas gdy on tu… Dlaczego? Czy Deidara jest aż tak dobry? Czy aż tak bardzo podoba jej się ten jego popieprzony charakter, to szaleństwo? Ta marna zabawa, którą ten idiota nazywa sztuką?
Jego też zabije. Jego też zabije i posieka na kawałki, będzie torturować tego młokosa tak długo, aż Miariko przybiegnie na pomoc. Niech przybiegnie go ratować, niech wykrzyczy swoją nienawiść, swój gniew! Niech udowodni, że obojętność to maska, to oszustwo, kłamstwo…!
Zacisnął powieki i przez chwilę oddychał nerwowo. Wyciszyć emocje. Uspokoić umysł i odsunąć złość na bok… Rok treningów, żeby osiągnąć doskonały spokój.
Rzucił stojącym na szafce wazonem.
Wpakował się w bagno. I nikt nie zamierza go z tego wyciągnąć.
***
Obudziły ją zawroty głowy. Właściwie, to nie była pewna, co pierwsze: czy mdłości, czy zawroty głowy, czy ból w nadgarstku. Westchnęła, powoli ściągając wszystkie zmysły na ziemię i bezsilnie próbując przywołać wspomnienia wieczoru. Festyn. Uchiha. Sake. Bardzo dużo sake i… Deidara? Szybko odwróciła głowę, a to, co zobaczyła, przez moment nie raczyło dotrzeć do skołowanej świadomości. Patrzyła na śpiącą twarz blondyna, który leżał tuż koło niej, w dodatku bez górnej części ubrania. W panice sprawdzała, czy ma na sobie wszystko, co miała wczoraj, ale nie brakowało nawet opaski na włosach. Kamień spadł jej z serca i ponownie opadła na poduszki. Zapewne po prostu ją tu doniósł. Nie ma potrzeby podnosić się zbyt szybko. Dei śpi, a nawet jeśli nie… To on powinien się bać.
Uśmiechnęła się do własnych myśli.
Jakie to szalone! Jakie niepoprawne!
Zaryzykowała nawet cichy śmiech, urwała jednak równie szybko, jak spróbowała. Głowa najprawdopodobniej planowała eksplodować.
Zaklęła w myślach i przekręciła się na drugi bok. Zasnąć i tyle.
Obudził ją dopiero w południe. Ubrany w roboczy płaszcz Akatsuki i przygotowany do drogi. Za jego plecami stał Sasori, nerwowo uderzając ogonem kukły o podłogę.
- Pospiesz się – warknął lalkarz. – Nienawidzę czekać, ani gdy…
- Zamknij się! – jęknęła, przysłaniając dłonią oczy. Znała doskonale to powiedzenie: „Nienawidzę czekać, ani gdy inni na mnie czekają” i miała go szczerze dosyć. Lalkarz powtarzał je przy każdej możliwej okazji a także i bez niej, co doprowadzało kunoichi do szału. Szału na tyle konkretnego, żeby teraz otworzyła oczy.
- O, Mia-chan – ucieszył się Deidara, szczerząc zęby w uśmiechu.
- Sasori, ile razy mam mówić, że ta fraza wyszła z obiegu… - zaczęła, ale nie dane było jej dokończyć, gdyż metalowy ogon przeciął łóżko kilka centymetrów od jej nogi, a powietrze zatrzymało się w gardle oniemiałej Miariko. Skutki festynu ciągle odczuwała, bo w głowie jej wirowało, a i jakoś duszno było, ale teraz słyszała jedynie bicie własnego serca. Przeniosła wściekły wzrok na Sasoriego.
- Idziemy, Deidara – warknął tamten, zanim cokolwiek powiedziała i po prostu wyszedł.
Blondyn zaśmiał się nerwowo i klepnął ją w ramię.
- Nie przejmuj się, Mia-chan! Jak wrócę to się odezwę, un.
- Nie musisz – zgasiła go chłodną odpowiedzią i znowu padła na poduszkę. Chłopak wyszedł, zamykając za sobą drzwi i krzycząc do Sasoriego, żeby poczekał.
Zamknęła oczy. Miała gdzieś przepiłowany materac i stelaż. Jeszcze się nie wyspała, a taka drobnostka nie wyciągnie jej z łóżka.
*
Łup.
Łup.
I znowu. Z trudem podniosła powieki, niewidzącym wzrokiem wpatrując się w sufit. Z zadowoleniem stwierdziła, że ból głowy minął, pozostało tylko nieznośne uczucie duszności.
Łup.
Ktoś dobijał się do drzwi, a ona naprawdę chciała być sama.
- Czego?! – wrzasnęła, siadając na łóżku. Dobrze, nie zakręciło jej się w głowie, tylko coś ścisnęło żołądek. Potarła dłonią czoło, potem ziewnęła szeroko. Cholerne festyny i cholerne sake…
- Yoshitomi-sama, już wieczór prawie… - oznajmił niepewny głos karczmarza.
Dziewczyna uniosła lekko brwi i zdumiona spojrzała w stronę drzwi. Odruchowo sięgnęła po leżącą na szafce klingę od broni. Od kiedy zamawia budzenie o porze wieczorowej i co temu staremu facetowi do tego, ile sypia?
- I co z tego? – burknęła niezbyt uprzejmie, podnosząc się i ciągle nie odrywając wzroku od drzwi.
- To z tego, że masz misję. – Tym razem odezwał się głos Miyoshi, a kunoichi westchnęła bezwiednie. Odłożyła broń. – Jeśli nie otworzysz, wywalę je z zawiasów i będziesz płacić za szkody – ostrzegła całkiem poważnie senpai.
Na słowo „szkody” wzrok Miariko cofnął się do przeciętego łóżka, a potem ponownie powędrował w stronę drzwi. Przed oczami stanęła jej wizja wściekłego Madary podliczającego wydatki, potem śmiejącej się Miyoshi i na końcu jej – jako ofiary – próbującej coś wytłumaczyć. Zastanawiając się, ile jest winna karczmarzowi i czy zdoła się wypłacić, zdecydowała się pofatygować.
- Już, już – mruknęła, gdy pięść mężczyzny znowu uderzyła o drewno.
Otworzyła, starając się jakimś cudem zasłonić zniszczenia swoją sylwetką. Wychylił się nieco ponad jej ramieniem i sapnął głośno.
- Miariko-sama… - zaczął.
- Zapłacę – ucięła. – Wynoś się już.
Skinął i odszedł niechętnie, mamrocząc coś pod nosem. Nie zaszczyciła go spojrzeniem i wróciła chwiejnym krokiem na łóżko. Nogi z trudem odrywały się od podłoża, a ta nieznośna duchota… Gdy opadła na pościel, stelaż zaskrzypiał złowieszczo.
- Rozbrykaliście się z Deidarą. – Usta rudej ułożyły się w triumfalny, nieco złośliwy uśmieszek, gdy przyglądała się zniszczeniom.
Miariko prychnęła, niezbyt wiele robiąc sobie z docinki. Ciągle tak duszno…
- To Sasori – burknęła, nie odrywając wzroku od własnych dłoni, które były zadziwiająco wyschnięte i blade. Dlaczego musiała tyle pić? Miała szczerą ochotę kopnąć się za głupotę.
- Sasori?! – Miyoshi wytrzeszczyła oczy. – Chcesz powiedzieć, że wy z tym drewniakiem…
- Nie! – Tym razem to Miariko podniosła głos. – Cholera, nie – powtórzyła z rozbawieniem i potrząsnęła głową. Sama wizja Sasoriego i… Parsknęła śmiechem, ale szybko urwała, odkrywając, że obudziło to falę tępego bólu czaszki. Łypnęła na kobietę. – No, ale po co przyszłaś, senpai? Cierpię na głębokiego kaca moralno-fizycznego i potrzebuję odpoczynku.
Kiyoko wymownie uniosła brew.
- Madara cię potrzebuje.
Zapadła chwila ciszy, podczas której Miariko próbowała ocenić, które wyjście będzie najlepsze. Mogła udawać, że nie słyszy i oberwać od Madary, ale za to w spokoju wyleczyć festyn, mogła też udać się do niego niezwłocznie, co zaowocowałoby pracą na totalnym kacu, a to… Westchnęła i przeczesała włosy palcami. Wszystko wina cholernego Deidary.
- Ta, przyjdę. Tylko się wykąpię, co?
Miyoshi uśmiechnęła się lekko.
- Pewnie. I zapłać właścicielowi za zmianę wystroju wnętrza. – Po tych słowach zniknęła w chmurze dymu, zostawiając Miariko samą.
Dziewczyna siedziała przez chwilę nieruchomo, po czym z głośnym przekleństwem schowała głowę pod poduszkę.
***
Pięść Madary uderzyła o drewniany blat, który zaskrzypiał rozpaczliwie. Wściekły shinobi wpatrywał się w Peina, który opierał się o ścianę i najwyraźniej miał szczerą ochotę opuścić pokój.
- Gdzie ta Widząca, do jasnej cholery?!
Pokręcił bezradnie głową.
- Nie wiem – odpowiedział spokojnie, samemu sobie dziwiąc się, skąd miał tyle spokoju i odwagi, żeby jeszcze tu stać. Chakra Madary wypełniała pomieszczenie, dusiła, dostawała się do płuc, umysłu, mamiła, przekręcała wszystko na drugą stronę. A pomimo tego ciągle był w stanie oddychać normalnie. Stał się aż tak silny?
Musiał usłyszeć jego myśli, bo w czarnych oczach Madary zabłyszczał Sharingan.
- Nie myśl sobie – wysyczał, podrywając się z krzesła i robiąc kilka szybkich kroków bez celu. – Jesteś słaby – warknął, znowu obrzucając Peina niechętnym spojrzeniem.
W oczach Lidera zabłyszczał Rinengan. Nie zdążył jednak powiedzieć słowa, a pięść Madary niespodziewanie trafiła w ścianę tuż koło jego ucha. Huknęło, tynk odpadł. Wściekłe spojrzenie dowódcy świdrowało rudego Lidera Akatsuki, który właśnie odkrył, że jednak ma problem z oddychaniem. Szukał jakiś słów, które mógłby powiedzieć, słów, bo walka nie wchodziła w grę, ale z opresji uratował go melodyjny śmiech za ich plecami.
- Chłopaki, bijecie się? – Miyoshi opierała dłonie na biodrach i z lekko przechyloną głową obserwowała sytuację.
Madara czuł narastającą frustrację. Następna osoba, która gdzieś ma jego autorytet i nie boi się naigrywać z jego rozkazów. Kopnął ścianę koło stojącego nieruchomo Peina i odwrócił się w stronę rudej. Zabić. Jak on miał ochotę ich zabić.
- Kolejna! – Obrzucił kobietę gniewnym spojrzeniem.– Gdzie, do cholery, jest Widząca?!
Zanim ta zdążyła odpowiedzieć, drzwi zaskrzypiały, a w nich pojawiła się znajoma postać. Blada twarz Miariko nie prezentowała się zbyt dobrze, tym bardziej, że mokre włosy sterczały na prawie wszystkie strony, pozwalając strużkom wody ściekać po płaszczu. Odkaszlnęła.
- No jestem już przecież – wymamrotała, wchodząc do pomieszczenia nieco chwiejnym krokiem. Gdy napotkała pełne zrezygnowania spojrzenia Uchihy i Lidera, uniosła pretensjonalnie brew. – Czego się gapicie? Skacowanej kunoichi nie widzieliście?
W pokoju zapadło zgodne milczenie, a Madara, licząc w myślach do dwudziestu, starał się nie zamordować jej na oczach Miyoshi. W końcu wziął głęboki oddech i powoli wypuścił z ust powietrze.
- Nienawidzę festynów – powiedział wreszcie grobowym głosem, który wywołał salwę śmiechu ze strony obu kobiet. Zrezygnowany łypnął na Lidera, którego kąciki ust lekko zadrgały, ale chłopak najwyraźniej nie odważył się roześmiać. Bez słowa cofnął się do biurka, żeby wyjaśnić szczegóły zadania. Czasem naprawdę miał wrażenie, że pracuje z bandą idiotów.
***
All made by Mya
Nastrój:
Kategoria: Tom II, Brzask
tagi: